Bieduini na Islandii

Zdjęcia z wyjazdu dostępne są w galerii.

Pewnego razu wypożyczyliśmy w Islandii Toyote Yaris na 5 osób i 18 dni.

Tym zdaniem należałoby rozpocząć relacje z tego wyjazdu. Określa esencje Kolibowego wyjazdu w 100%. Ale jednak rozpocznę chronologicznie.

Wylecieliśmy 13 lipca o godzinie 19:00 z Gdańska do Keflaviku (docelowy port lotniczy oddalony o jakieś 30 km od Reyikjaviku). A było nas 5 (Ja, Ola, Ania, Łukasz, Andrzej).

IMG_20150713_213314

Ola, Ania oraz nasz bagaż (plecaki upchnięte do torb przemytniczek, o dziwo nie wzbudziły niczyich podejrzeń).

Przylot o godzinie 22:00 czasu miejscowego. Mieliśmy już wcześniej zarezerwowane auto. Nie było nam łatwo podjąć decyzje o jego wyborze. Szeroko znanym faktem jest, że wypożyczanie aut na Islandii jest stosunkowo drogie w światowej skali, a sprawę utrudniają same drogi, które dzielą się na „zwykłe” i „górskie”. Po drogach górskich nie można poruszać się autem które nie jest 4×4 (zwykle chodzi nie o sam stan drogi, a o brody rzeczne w których nawet niektóre 4×4 potrafią odmówić posłuszeństwa). Wybraliśmy opcje najbardziej Bieduińską, czyli najtańsze możliwe auto.
Stwierdziliśmy że przecież i tak damy radę.
No i trochę miny nam zrzedły gdy zobaczyliśmy iż wypożyczalnia chciała nam wcisnąć malutkiego Nissanika Micra. (Polityka wypożyczalni jest taka że zawsze dostaje się auto takie jak się wybrało, lub podobne.) Porozmawiałem więc po swojemu z Panem z wypożyczalni. Powiedział, że przecież zaraz przyjedzie Toyota Yaris, jak tylko postawię go znowu na ziemi.
Okazało się, że auto które wybraliśmy wcale nie jest większe, no ale cóż, nie było za bardzo odwrotu. Zapakowaliśmy się jakoś upychając bagażnik po sam sufit, a resztę rzeczy pakując we wszystkich rozmaitych schowkach, lub trzymając na kolanach, między kolanami, albo upychając rzeczy do popielniczki, w ten sposób że miałem wrażenie że samochód sam zacznie się rozszerzać jak na tej reklamie w której pewien Pan upuszcza niebieską tabletkę do baku auta. Pojawiła się propozycja nabycia owej magicznej tabletki (Ania – nasz lekarz pokładowy powiadomił nas natychmiast o brakach w zaopatrzeniu), ale niestety była godzina 22.00, a sklepy zamknięte. Tak więc ruszyliśmy z jasnymi sercami, pozytywną energia rozpierającą nasze dusze oraz łokciami rozpierającymi wszystkie drzwi od wewnątrz. W dniu przylotu dotarliśmy do Hvergerdi, omyłkowo rozbiliśmy się na polu golfowym.

IMG_3589

My pakując się do Yariska.

 

Następnego dnia budząc się zauważyliśmy, że to co braliśmy za potencjalne gorące źródła, było w rzeczywistości pozostałościami po jakiegoś typu instalacjach, z których wydobywała się z dużą szybkością para wodna o bardzo wysokiej temperaturze. Korzystając z tego darmowego palnika zrobiliśmy herbatę. Tego samego dnia, poprawiliśmy nasz błąd w lokalizacji ciepłych źródeł w dolinie mgieł (tak brzmi tłumaczenie nazwy tego miejsca). Nazwa na pewno trafna, bo z ilości powstającej tam mgły można odnieść wrażenie, że Islandczycy zamykają ją w kartonowych pudłach i  eksportują w każdy zakątek ziemi który jej potrzebuje. Po znalezieniu początku ścieżki i około godzinnym trekkingu ze wspaniałymi widokami, znaleźliśmy nasze upragnione gorące źródło, które ze wszystkich źródeł zrobiło na nas najlepsze wrażenie. Wyglądało to w ten sposób że wokół dość wolno płynącego strumienia ułożony jest drewniany podest z kilkoma drewnianymi ścianami, które mogą posłużyć za przebieralnie. Im dalej idzie się z biegiem strumienia tym bardziej spada jego temperatura z powodu zimnych dopływów, także każdy może znaleźć miejsce dla siebie. Warto dodać że nie wytrzymaliśmy  w początku strumienia.

IMG_20150714_134543

Hveragerdi

IMG_3188

Herbatę na parze Andrzej zaparzył.

Po dokonaniu tej iście pół-boskiej oblucji, wyruszyliśmy w stronę Gullfoss. Wodospad zrobił na mnie niesamowite wrażenie, poraża siłą i dzikością. Parafrazując pewnego pingwina: Było w tym jakieś hipnotyzujące piękno, które jak dla mnie nie powtórzyło się przy żadnym wodospadzie. Odwiedziliśmy też miejscowość o nazwie Gejzer. W której o dziwo znaleźliśmy gejzer. Gejzer który był w miejscowości Gejzer, miał nazwę Gejzer, ale akurat nie gejzerzył, ponieważ nie chciał. Mimo tego z powodu braku snu w pierwszym dniu pobytu bardzo mnie zaskoczył jego brat, Strokur. Gdy wygramoliliśmy się z naszego auta, co początkowo było równie proste jak ściąganie lateksowej rękawiczki z chomika (potem opracowaliśmy system wchodzenia  i wychodzenia), byłem niewyspany i w nie w sosie. Sam spacer po parku w którym były położone gejzery, z początku raczej nie zachwycał. Ot kilka bulgoczących sobie spokojnie gejzerków. Doszliśmy w końcu do takiej dziury w ziemi w której była woda, i nie wiedzieć czemu byli wokół niej ludzie. Gapili się na tą dziurę jak nie wiem co, więc przystanąłem, podszedłem do łańcuchów odgradzających ludzi od gorącej wody. No niby coś tam zabulgotało. Zdążyłem tylko powiedzieć do Oli „no nie wiem na co ci lu…” gdy w tym momencie wyrzucona w powietrze została masa gorącej wody. Wyrzut sięgał około 30 metrów. Od razu poczułem się lepiej. W końcu zrozumiałem jak czują się pogromcy mitów gdy po eksperymencie wysadzają w powietrze to co eksperymentowali i ich radość z eksplozji.
Spotkaliśmy w tym samym parku parę bardzo miłych Polaków, ale zaraz opuściliśmy to miejsce w poszukiwaniu noclegu przed dniem następnym.

IMG_3593

….Łubinem Fioletowym Andrzej Otoczny…

A dnia trzeciego ruszyliśmy do Landmanalaugar – Gór Tęczowych. Naszą czerwoną luxtorpedę zostawiliśmy po wyczerpującej wyboistej szutrowej drodze, na równym parkingu. Zaraz obok piętrzy się Hekla (wulkan). Na parkingu można się było zaznajomić z tablicą informacją, i o tym że w razie podejrzanej aktywności wulkanicznej dostaniemy automatycznie powiadomienie SMS-em, i żeby uciekać w przeciwnym kierunku niż stoi wulkan. Na wszelki wypadek mieliśmy włączone komórki. Ruszyliśmy piechotą przez to co było określone drogą numer F225.
Była to szutrowa droga, którą postanowiliśmy przejść w całości do samego kampingu w Landmannalaugar za pierwszym zamachem. Z mapy odczytaliśmy że po niedługiej wędrówce, powinniśmy znaleźć strumień, co nam odpowiadało bo nie mieliśmy wystarczająco wody na długi marsz. Jak się okazało po przejściu około 5 kilometrów, czyli po około 2 godzinach wędrówki, dana rzeka nie istnieje tutaj w tej porze. Wszędzie wkoło jest jeno żwir i skała.

Skała i żwir przez który woda wsiąka tak szybko, że muchy które tam żyją najprawdopodobniej żyją tylko i wyłącznie ze zwierzęcych odchodów. Dedukowaliśmy to na podstawie śladów w żwirze, więc siłą rzeczy dla much wnioskowanie było proste. Ruch -> Koń -> Fekalia -> Woda. Jako zbiór ruchomych kończyn stanowiliśmy dla nich idealne miejsce do zatrzymania się, co ochoczo czyniły, aż do momentu śmierci klinicznej (muchy, nie naszego). Gdy zorientowaliśmy się ponownie w mapie, stwierdziliśmy że pójdziemy dalej, ponieważ dalej na mapie woda jest, a i tak nie mamy lepszego planu, a i tak praktycznie dojdziemy do campingu. I tak po w sumie 12 godzinach mozolnej wędrówki, w deszczu oraz słońcu, wśród świeżych pól lawy, pól lawy porośniętych mchem, pól lawy porośniętych trawą, pól lawy przykrytych piachem, oraz klasyku rejonu: pyłu i żwiru połączonych polami lawy, dotarliśmy do polodowcowej rzeki, w której pobliżu się rozbiliśmy. Trzeba tutaj dodać że trasa którą wybraliśmy jest niezwykle uczęszczana przez auta 4×4 (widzieliśmy nawet nocny autobus 4×4). Na szczęście nie było zbyt dużo błota ponieważ cały deszcz natychmiastowo wsiąka tak, że nie ma po nim nawet śladu.
Mimo tego, że finalnie ta wędrówka zabrała nam dużo czasu, stwierdziliśmy zgodnie że była jak najbardziej tego warta, ponieważ trudno gdziekolwiek indziej na tej planecie o taki pozaziemski widok. Mroczno czarny żwir i lawa miejscami zdawały się rozciągać po horyzont, sprawiając wrażenie że znajdujemy się na zupełnie innej planecie. Był to upiorno-nieziemsko-zachwycający widok.

IMG_3306

Kwiat pustyni w drodze na Landmannalaugar.

Drugiego dnia trekkingu okazało się, że do samego Landmanalaugar nie jest wcale tak blisko jak nam się wydawało, więc kontynuowaliśmy z rozpędu nasz treking. Ta część okazała się łatwiejsza. Bardzo często napotykaliśmy strumienie lodowcowe. Napotkaliśmy też bród przez który musieliśmy przejść boso. Krajobraz zmienił się nieco na bardziej trawiasto piaszczysty, ale wciąż zawierał głównie pył, żwir i zastygniętą magmę. Tak było do momentu w którym doszliśmy do pierwszej ścieżki (do tego momentu szliśmy drogą numer F225 po której poruszały się też auta terenowe). Na szlak dobiliśmy w okolicy Domadarshals, skracając docelową drogę.
Po wspięciu się na wzniesienie, ukazał nam się nieco ciekawszy widok gór, lodowców i pozostałości po działalności wulkanicznej. Szliśmy około 2 godziny gdy w końcu ujrzeliśmy serce Landmannalaugar. Udało się to akurat w momencie w którym zza naszych pleców wychodziło słońce i padało na dolinę znajdującą się pomiędzy Suðurnámur  a Laugahraun. Widok był bajeczny.

IMG_20150716_200758

Zdjęcie niżej wymienionego widoku

Przed nami łagodnie opadało wzgórze o kolorze garam masala, kończyło się na rozlewisku rzeki. Potem dolina przechodziła w zieloną łąkę by zakończyć się mrocznym murem zastygniętej lawy rodem z mordoru. Przeszliśmy przez dolinę i zatrzymaliśmy się na nocleg w kampingu w Landmannalaugar. Niestety cena była dość wygórowana bo 1600 ISK od osoby (około 50 zł). Ale w komplecie dostaje się gorące źródło oraz możliwość wzięcia sobie którejś ze zbytecznych butli zostawionych na obozowisku. Nazajutrz część z nas wybrała się na spacer wokół Landmanalaugar, wieczorem wyruszliśmy w drogę powrotną stopem. Dosyć dopisało nam szczęście, ponieważ znaleźliśmy terenowego stopa na 5 osób do samego parkingu na którym zostawiliśmy nasze autko. Tyle można powiedzieć o naszym pobycie w Landmannalaugar, myślę że o wiele lepiej jego charakter oddadzą zdjęcia Łukasza.

W dalszej części naszej drogi poruszaliśmy się już bezpośrednie trasą numer jeden. Najpierw zahaczyliśmy o Seljalandfoss, który można podziwiać ze wszystkich stron, dzięki wgłębieniu za wodospadem. Odwiedziliśmy również basen Seljavallalaug – jeden z najstarszych basenów na Islandii. Zdecydowanie odradzamy: brudny i przepełniony, zamoczyliśmy tylko stopy. Jeden z dni przeznaczyliśmy również na trekking od wodospadu Skogarfoss pod praktycznie samo słynne Eyjafjallajokull. Z prawej strony wodospadu wiedzie ścieżka, która kręci się razem z rzeką zasilającą Skogarfoss. Po drodze jest również około 20 innych wodospadów. Skuszeni mirażem obserwacji gorącej lawy, próbowaliśmy podejść jak najbliżej, jak się później okazało, w tym rejonie nie było już żadnej wciąż widocznej aktywności wulkanicznej.

IMG_3579

Seljalandfoss

Odwiedziliśmy również Dyrholaey gdzie po raz pierwszy z bliska na plaży widzieliśmy maskonury. Dalsza droga obfitowała w ciekawe miejsca do postoju. Nie sposób ich nawet spamiętać pojedynczo. Krótko zabawiliśmy w Skaftafell, gdzie weszliśmy na sam koniec olbrzymiego lodowca Vatnajokul, i podziwialiśmy akwamarynowe kry nad Jokursalron.

IMG_3755

Ponoć cywilizacja jest tam gdzie jest ciepły prysznic…

Wschodnia część Islandii raczej nie obfitowała w rozrywkę, więc przejechaliśmy szybko do północnej części, zahaczając po drodze tylko o Lagarfljot. Na odrobinę dłużej zatrzymaliśmy się w okolicach wodospadów Selfoss i Dettifoss, a potem w okolicy jeziora Myvatn. W Krafla widzieliśmy dymiące jeszcze pole lawy, choć erupcja miała miejsce przeszło 30 lat temu. W pobliżu zlokalizowana jest elektrownia geotermalna którą można podziwiać z drogi. Niewiadomo czemu zaraz obok rzeczonej drogi, pośrodku niczego ustawiony jest prysznic z gorącą wodą. Wstąpiliśmy też do kolorowego Namafjall. Zaglądneliśmy do Grotagja – groty z gorącym źródłem, gdzie Johnowi Snowowi ukradziono… ekhem… miecz.

IMG_3721

Dymiąca lawa

Ruszyliśmy w stronę drugiego największego miasta w Islandii – Akureyrii. Odwiedzaliśmy je głównie z myślą o możliwości nabycia islandzkich sweterków, jednak ceny przebiły kilkakrotnie nasze oczekiwania. Po drodze minęliśmy Godafoss.

Ostatnie dni poświęciliśmy na Westfjordy. Ogromny półwysep na północnym zachodzie Islandii. Najmniej zaczłowieczony kawałek tej wyspy.

IMG_3796

Bestia. A na jej masce truchło siakejś dziwnej ryby którą znaleźliśmy na brzegu.

Maskonury widzieliśmy z takiego bliska że można je było chwycić w dłoń.

IMG_3991
Widzieliśmy lisa polarnego z takiego bliska, że aż pogryzł nogawkę Łukasza.

IMG_20150725_200832
A fjordy to nam z ręki jadły.

IMG_3838
Zaczęliśmy od okolic Drangsnes (darmowe gorące źródło z prysznicem tuż przy oceanie). Potem klucząc między fjordami wpadliśmy do Horgslid (kolejne darmowe gorące źródło, ale należy zapytać o pozwolenie na kąpiel w okolicznej farmie). I tak kluczyliśmy przez fjordy, zahacziliśmy o stolicę Westfjordów – Isafjordór, gdzie znaleźliśmy… polski sklep !

IMG_20150727_122958

Po drodze do Latrabjarg, zrobiliśmy treking wokół góry Hestur. Trasa zajęła nam cały dzień, była bardzo widowiskowa. Zaczynaliśmy od strony wschodniej półwyspu, spacerując po łagodnym nabrzeżu. Po drodze zbieraliśmy muszle, aż trafiliśmy na koniec półwyspu i kawałek piaszczystej plaży. Po zachodniej stronie nie było żadnych oznaczeń i szlaków (momentami jedynie jakieś ścieżki wydeptane przez barany, ale zaraz się urywające), a trasa wiodła poprzez osuwisko połowicznie zanurzone w wodzie. To pokazuje częściową niekonsekwencję Islandii w znakowaniu tras, więc planując trasy należy być ostrożnym i popytać o znakowania w informacji, bądź u lokalsów.

IMG_3845

Hestur z lewej

 

Dalej przez fjordy ruszyliśmy do Latrabjarg, po drodze zatrzymywaliśmy się chwilowo na podziwianie fjordów, oraz przy wodospadzie Dynjandi. W samym Latrabjarg przeszliśmy wzdłuż południowego klifu tego półwyspu robiąc bardzo przyjemny i widowiskowy trekking.

IMG_4026

Latrabjarg

Bezpośrednio z Latrabjarg wracaliśmy do Reyikjaviku, gdzie spędziliśmy dzień na zwiedzaniu miasta.

Pora na podsumowania

Koszta: Ceny niesamowicie wysokie. Horrendalne wręcz, jeśli chodzi o wszelkie mięso. Opcja zabrania ze sobą mięsa z Polski jest jedyną sensowną. Z powodu cen jedzenia poruszanie się własnym/wypożyczonym autem jest najsensowniejsza, ponieważ im dłużej się spędza na dojeżdżanie do różnych miejsc, tym więcej się przeje. Chyba, że ktoś lubi przemycać miesięczne zapasy mięsa przez lotnisko, i później je nosić na własnych plecach. Noclegowanie polecamy na dziko (nikt nigdy nie robił problemu), ceny noclegu w kempingu to zazwyczaj około 50 zł od głowy. Należy pamiętać że w Landmannalaugar rozbijanie się na dziko jest karane wysokimi grzywnami.

Tubylcy: Bardzo specyficzni, ale również bardzo mili. Przez całą podróż spotkaliśmy chyba tylko jednego Islandczyka który nie mówił płynnie po Angielsku.

Czy warto: TAK! Islandia jest absolutnie wspaniałym miejscem. Ciężko jest przekazać takie niesamowite wrażenia tak prymitywnym medium jakim jest język. Dlatego zapraszam do oglądania reszty zdjęć w galerii.

I to by było na tyle! Jeżeli będziecie chcieli poznać więcej szczegółów z naszej podróży, to na pewno będziemy obecni na tegorocznym Kolibowym slajdowisku z wakacji, o którym jeszcze damy znać.

Napisał: Maciej „Hawker” Majewski.
Korekta: Łukasz „Sambuko” Mitka.
Zdjęcia: Hawker, Łukasz, Ania.

I teraz na koniec, mały ołtarzyk dziękczynny dla naszego autka: Mimo deszczu, szutrowej nawierzchni, dużego bagażu i ilości żywego mięsa tymczasowo okupującego jego wnętrze, nasze auto sprawowało się znakomicie. Nie było problemu z poruszaniem się po Westfjordach mimo szutru. Dało się nim poruszać po wybojach. Po lekkim wprawieniu się nie było znacznego kłopotu z pakowaniem się. Spalanie wyszło nam za całą podróż około 5-5.5 litra, dzięki czemu nie zbankrutowaliśmy.

IMG_3844

IMG_3249

IMG_20150721_222758

Dodaj komentarz