Barbórka

Barbórka – schronisko Przysłop pod Baranią Górą, Beskid Śląski, 13 – 14.12.2014

 b1

Spotkanie się z całym pokoleniem kolibowiczów nadaje tej imprezie wspaniały klimat. Niektórzy, tylko po to by w niej uczestniczyć przyjeżdżają z odległych miast i niekiedy nawet państw.

Brałam w niej udział nieco z innej strony niż ostatnio, bo trochę pomagałam przy organizowaniu, a pracy było sporo, więc moje spojrzenie na tegoroczną Barbórkę może odbiegać od ogólnego. Dlatego poprosiłam o pomoc Filipa (kursywa), który napisał relację z innej perspektywy. Przedstawiam Wam naszą relację z Barbórki.

W dniach 13 -14 grudnia 2014 odbyła się  – Barbórka – największa cykliczna impreza Hawiarskiej Koliby – w tym roku była jej 49 edycja. Niewątpliwie jest to ważne wydarzenie dla wszystkich młodszych i starszych kolibowiczów. Okazja do spotkania i wymiany zdań pomiędzy założycielami Hawiarskiej Koliby (z prezesem Walerkiem na czele), a ekipą aktualnie panującą :D.

Wybór schroniska, które spełni wysokie (:D) wymagania kolibowiczów  to zawsze ciężkie wyzwanie dla zarządu, ale po burzliwych naradach udało się ustalić, ze to wiekopomne przedsięwzięcie 2014 roku odbędzie się w schronisku Przysłop pod Barania Górą w Beskidzie Śląskim.

Bliskość rodzinnej miejscowości Adama Małysza (tego Pana nie trzeba chyba nikomu przedstawiać) zapowiadała imprezę wysokich lotów.

Po burzliwych naradach w sprawie transportu kolibowicze wyruszyli na podbój Beskidu Śląskiego.

Pociągami, autobusami, samochodami, autostopem,  tramwajem…. – (no może przesadziłem) podróżowali niestrudzenie , by zbliżyć się do celu. Pieszą  wędrówkę rozpoczynali z Wisły, Kamesznicy, Węgierskiej Górki i innych miejscowości , o których mam mniejsze pojęcie. Niektórzy dotarli na miejsce już w piątek 12-go, jednak największe atrakcje miały nadejść w sobotę.

b2

Od piątkowego poranka, wypakowani po brzegi jechaliśmy z Łukaszem i Olafem do Wisły. Sprzętu mieliśmy całkiem sporo, ledwo zmieściliśmy się do auta. Oprócz kolibowych gadżetów (o których niżej), trochę soków oraz piwa, projektory, wzmacniacze. plecaki, karimaty i inne. Na szczęście do schroniska wywiózł nas sympatyczny Bartek – pracownik, przemierzający zaśnieżoną drogę „nowym”, czerwonym BMW.

W schronisku byli już najstarsi kolibowicze oraz Bosman, Złoty i Irmina. Wewnątrz nie było najweselej: straszne zimno, niedziałające kontakty i światła, droga herbata i ogólnie złe pierwsze wrażenie.

Po rozpakowaniu gratów zajęliśmy pokój 105, gdzie potem przeniosła się cała impreza. Oglądaliśmy stare zdjęcia z archiwum Jana Trznadla, powoli schodzili się ludzie, którzy mieli dojechać później. Późnym wieczorem było nas już całkiem sporo i udało nam się dogrzać pokój do znośnej temperatury. Szare Łosie częstowali nas swoją księżycówą-szarołosiówką, potem był tort i śpiewanie sto lat dla Rege Darka. Podczas tego wieczoru wypiliśmy toast „za miłość”, stwierdziliśmy, że wafle idealnie nadają się w roli talerzy na tort, poznaliśmy starsze piosenki w tym takie po ukraińsku i sposób ich śpiewania (w tajemnicy zdradzę wam, że powinno się je śpiewać jak kołysankę). Dowiedzieliśmy się też trochę o klubie sprzed parudziesięciu lat, słuchając opowieści pierwszego pokolenia kolibowiczów. Impreza trwała nieprzerwanie do 7.

 

W sobotę sporo czasu zajęło nam znalezienie odpowiedniego miejsca na kolibowy sklep i kasę. Problemem było nie tyle miejsce, co brak prądu w gniazdkach. W końcu ulokowaliśmy się w przedsionku. Rozłożyliśmy stoły, na jednym Hawker liczył kasę, w towarzystwie Oli Matys, na drugim ja organizowałam sklep, który bardziej przypominał targ, a ja byłam tam główną przekupą. W swoim sklepowo-targowym asortymencie miałam piersiówki, koszulki stare i nowe, kufle z poprzednich edycji, kalendarze i śpiewniki; zajmowałam się także rozdawaniem „przydziału kolibowicza”.

A Filip widział to tak:

Wszystkich wchodzących do schroniska  witała Aga rozdając unikalne kolibowe kubki oraz zbawienne kupony na fasolkę po bretońsku i złoty napój. Kolekcjonerzy kolibowych artefaktów mogli nabyć dodatkowo klubowe koszulki, kalendarze, śpiewniki, piersiówki.

b3

Gdy wszyscy zaspokoili już pierwszy głód rozpoczęła się biesiada przy dźwiękach gitar i arcyciekawa wymiana zdań miedzy wszystkimi pokoleniami Koliby. Największe atrakcje miały jednak dopiero nadejść…

Część oficjalna zaczęła się  od  wyczekiwanego z niecierpliwością,  zaśpiewanego  przez  dziesiątki gardeł hymnu Hawiarskiej Koliby. Następnie przyszedł czas na popis Mirka Jabłońskiego zwanego Kuźwą, który przywitał wszystkich i opowiedział kawał prezesowy, zwyczajowo opowiadany przez Oćca – ostatnio rzadko przyjeżdżającego. Po opanowaniu lekkich problemów technicznych nadeszła kolej Adriana zwanego Kurczakeim  oraz  jego nietuzinkowej, pełnej grzmotów prezentacji podsumowującej ostatni rok z życia  Hawiarskiej Koliby ( nieobeznanych informuję , że rok kolibowy jest liczony od Barbórki do Barbórki). Gdy Kolibowa brać  poznała już wszystkie niuanse orkanów i dokonania najaktywniejszych członków, można było przystąpić do corocznej narady, na której zasłużeni kolibowicze ( tak zwani blachowani) wybierają kto dołączy do ich zacnego grona za swoje niebagatelne zasługi dla klubu. I tak oto po burzliwych naradach odznaczeni zostali Piotrek Szopa, Paweł Górka, Gabryśka Łach, Łukasz Mitka i Olaf Szczerbik.  Oczywiście najpierw musieli odpowiedzieć na serię ciężkich pytań i wykazać się niezwykłą sprawnością fizyczną podczas skoków przez tzw. „skórę” ( jeśli ktoś nie wie o co chodzi, to ewidentnie znak, że  musi niezwłocznie przyjechać  na Barbórkę).

b4

Po blachowaniu odbyła się licytacja, którą prowadzili Bartek z Czoxem. I to była chyba najśmieszniejsza licytacja na jakiej byłam. Chłopaki sprzedali m.in. głowę Lenina za 175 zł, pluszowego misia za 150 zł i paręnaście filiżanek, za ceny równie godziwe. Sprzedaliby chyba wszystko, Czoxa sprzedali parę razy na 15 min, Sudiego i Bartka też (ale Bartka kupiła Dorotka, więc się nie liczy)

b5

W ogóle: widzicie podobieństwo?

Niestety dalej muszę radzić sobie sama. Filip na etapie blachowania zakończył swoją przygodę z Wordem.

Biesiada i impreza trwała do rana: śpiewanie, granie, tańcowanie – czego tam nie było. Smutne widoki nadeszły dopiero nad ranem. Patrzenie na te wszystkie zmarnowane życiem twarze to naprawdę przykre doświadczenie. Nastąpił czas powolnych, leniwych śniadań, cichego grania i śpiewania, gorącej herbaty i sączonego piwa, które działa najlepiej na każde zmęczenie. Potem członkowie Hawiarskiej Koliby ustawili się do tradycyjnego wspólnego zdjęcia, które możecie oglądać na samym początku. Niestety nie dało się zrobić zdjęcia wszystkim uczestnikom: część już poszła w piesze wędrówki w góry lub w dół do samochodów/busów/pociągów, inni jeszcze spali mimo południowej pory. Ale nie miejmy im tego za złe: dzielnie trzymali się do końca imprezy i kładli się spać, kiedy inni już wstawali.

Barbórka to naprawdę święto, dla którego warto nie pójść na piątkowe zajęcia, a weekend spędzony w górach z Hawiarską Kolibą daje niesamowitą energię. Nie mogę się doczekać następnej Barbórki.

 

Relację sporządzili: Aga Schwenk i Filip Szczerbik

2 myśli nt. „Barbórka

  1. Hej. Toto co ja opowiadam to nie jest tradycyjny żart. Nazywa się to kawał prezesowy. Nazwa pochodzi od tego, że nie opowiadał go żaden prezes tylko „Ociec” czyli Henio Ptasiński. Niestety ostatnio rzadko przyjeżdża to przejąłem po nim schedę. Moja wersja jest nieco zmodyfikowana lecz inaczej nie umiem. Pozdrawiam Mirek „Kuźwa” Jabłoński

Dodaj komentarz