Sudety 2020

IMG05581-Marzenia i plany na dalekie wyjazdy kolibowe były ambitne. Jednak z oczywistych powodów, w obecnych czasach,zapadła decyzja na ograniczenie się do gór w Polsce. W Sudety zawsze jest jakoś nie po drodze w ciągu roku, a w dłuższe wyjazdy od kilku lat wywiewało nas na Ukrainę czy dalej. Dlatego obecnie ten kierunek był idealnym rozwiązaniem.

Grzbietem Izerów.

Grzbietem Izerów.

Zamaskowani w pociągach (zamaskowani -> bo w maskach, heheh…) dojechaliśmy do Szklarskiej Poręby, aby zacząć pierwszego dnia rozruchową trasą przez Góry Izerskie. I już tego dnia, pomimo piekielnego upału, poczuliśmy uroki „przypadkowego” kolekcjonowania szczytów z Korony Gór Polski w Sudetach – średnio ponad jeden szczyt na każde dwa dni marszu.

Za nisko mocują te tabliczki... Wysoka Kopa.

Za nisko mocują te tabliczki… Wysoka Kopa.

Pierwszy nocleg to pierwsza z wielu w Sudetach znakomitych wiat noclegowych, urozmaicona dodatkowo obowiązkową grą w frisbee i ogniskiem.IMG05176-

IMG05200-Pano--2

Nasz pierwszy nocleg.

Kolejny dzień to rozpoczęcie wędrówki przez Karkonosze, z Jakuszyc, przez Szrenicę, do Śnieżnych Kotłów, gdzie dołączyły do nas kolejne dwie osoby oraz powrócili nasi kolibowi „nosicze”, z „wyjątkowo potrzebnymi zapasami” na kolejne dni. Pokłony dla Was! ;)

Element tak charakterystyczny dla Karkonoszy... a na nim Koliba.

Liczne skalne ostańce – element tak charakterystyczny dla Karkonoszy… a na nim Koliba.

Śnieżne Kotły !

Pod wieczór dotarliśmy do chatki AKT Towarzystwa Bażynowego, miejsca wyjątkowego pod kątem zarówno otoczenia licznymi ostańcami skalnymi, jak i ogólnym klimatem turystycznym.IMG05435-

Poranny widok z pobliskich skałek.

Poranny widok z pobliskich skałek.

IMG05461-Rano chatkowy zafundował nam iście przewodnicką wycieczkę po najbliższych formacjach skalnych, okraszoną licznymi historiami z życia chatki, ale o tym to ciii… :P Pomimo dość późnej pory wyruszenia na szlak, dotarliśmy w miarę szybko na najwyższy szczyt Karkonoszy i Sudetów – Śnieżkę. Dzięki temu, że  był środek tygodnia, udało nam się uniknąć przyjemności obcowania w kolejce na szczyt, jednak nie uciekliśmy od innego problemu – od towarzystwa ludzi kompletnie nieprzygotowanych do wędrówek górskich, ubranych w klapki i wrzeszczących na prawo i lewo… a nie, chwila, to było dwóch naszych kolibowiczów. :D

Klapki, żonobijka i... ponad 20-kilogramowy plecak - no dobra, to jednak kolibowicze. :-P

Klapki, żonobijka i… ponad 20-kilogramowy plecak – no dobra, to jednak kolibowicze! :P

IMG05544-

To miłe, że pomimo braku jakichkolwiek umiejętności grania na gitarze (poza jednym kawałkiem i to tylko na jednej strunie) ktoś potrafi zrobić zdjęcie prezesa, zaprzeczające temu faktowi. :D

To miłe, że pomimo braku jakichkolwiek umiejętności grania na gitarze (poza jednym kawałkiem i to tylko na jednej strunie) ktoś potrafi zrobić zdjęcie prezesa, zaprzeczające temu faktowi. :D

Nocleg w schronisku na Okraju zakończył karkonoską część trekkingu i po zejściu do Kowar ruszyliśmy zahaczyć o Rudawy Janowickie i (jakież zaskoczenie) zdobyć najwyższy ich szczyt – Skalnik.

Na Koniach Apokalipsy - skałkach niedaleko Skalnika.

Na Koniach Apokalipsy – skałkach niedaleko Skalnika. Nie lubię robić zdjęć z twarzami osób, to zbyt oczywiste.

Dzień, który z założenia miał być krótszą wędrówką, zakończyliśmy jednak niewiele przed zachodem słońca przy wyjątkowym wspólnym obiedzie z ogniska na stokach nad Czarnowem. Nigdy bym się nie spodziewał, że na takiej wyprawie zjem z ogniska „burgera” złożonego ze świeżo smażonego mięsa w plackach podpłomykowych / langoszopodobnych. <3

Jesus approved!

Lokalizacja Koliba Burgera.

Lokalizacja Koliba Burgera.

Kolejne dwa dni to przejście niewielkimi pasmami południowej części Gór Wałbrzyskich, żeby dotrzeć w Góry Kamienne. Jedynego dnia gorszej pogody grupa starała się usilnie zgubić prezesa (ja sam z siebie się nie gubię przecież :P ). Takie pogorszenie pogody zaowocowało jednak w piękne widoki mijanych okolic.

Nocleg nad Krzeszowem.

Nocleg nad Krzeszowem.

Po ulewie w Górach Kamiennych.

Po ulewie w Górach Kamiennych.

Następny dzień to (znowu ;) ) najwyższy szczyt pasma – Waligóra i dotarcie pod wieczór do ostatniego pasma górskiego na naszej trasie – Gór Sowich. Najwyższy ich szczyt zdobyty kolejnego dnia – Wielka Sowa był okazją do wykonania koncertu pod zatłoczoną wieżą wieńczącą jej kopułę szczytową.

Waligóra.

Waligóra.

Koncert pod wieżą na Wielkiej Sowie.

Koncert pod wieżą na Wielkiej Sowie.

Na Wielkiej Sowie niestety opuściła nas cześć ekipy, w tym też Radek i Gienek dlatego może ja (Kasia), przejmę teraz pałeczkę ;). Po miło przyjętych śpiewach na Wielkiej Sowie ruszyliśmy w stronę naszego ostatniego noclegu. Wyjazd zakończyliśmy w schronisku Zygmuntówka (pozdrowienia dla gospodarza – jakoś nie mogłam znaleźć tej łazienki na 10 piętrze ;) ) śpiewami kolibowych pieśni do 4 nad ranem.

Ostatnie przecięcie szlaków i do domu

Ostatnie przecięcie szlaków i do domu.

A nie, chwila, znalazło się 3 śmiałków, którzy ruszyli dalej na kilka dni, aby zdobyć kolejny szczyt korony gór Polski – Śnieżnik.

Za to ja wiem że tu.

W drodze powrotnej.

Dodaj komentarz