Wyjazd otwarty do chaty Wojtka

Wyjazd otwarty – chata Wojtka, Gorce, 25 – 26.10.2014

chata wojtka 1

Pierwszy wyjazd otwarty już za nami. Byliśmy w chacie byłego kolibowicza, Wojtka. Było parę ekip, jedni szli bezpośrednio do chaty (w tym ja), inni ambitnie szli przez góry; ze Szczawy czerwonym szlakiem przez Gorc, było błoto, z Gorca nawet sporo. Potem było już tylko ładniej: mgła zamieniła się w piękne górskie widoki. Widok wyżej pochodzi z polany pod Gorcem.

Czytaj dalej

O wyjeździe w Bieszczady słów kilka

Wyjazd w Bieszczady już dawno za nami. Jednak zachęcamy Was do zapoznania się z tekstem Adriana i ponownego przeniesienia się w ten urokliwy górski rejon.

 

O wyjeździe w Bieszczady

Listopad przywitał nas piękną pogodą. Temperatury w ogóle nie pasujące do tego miesiąca utrzymywały się dosyć długo, co napawać mogło optymizmem przed nadchodzącym długim weekendem, jaki miał zrodzić się z fuzji Święta Niepodległości ze zwykłym, weekendowym weekendem. Fuzję taką określono już dawno, przyjmując taki a nie inny system pomiaru czasu (kalendarz), niepewna mogła pozostać więc tylko pogoda. Ta – jak się jednak okazało – była nie tylko tak nielistopadowa jak ta z początku listopada (której w oczekiwaniu na wyjazd doświadczaliśmy), ale nawet jeszcze bardziej.

DSC_0873
Widoki z Połoniny Wetlińskiej w kierunku na Połoninę Caryńską.

Część ludzi na wycieczkę udała się już w piątek. Wyjazd z Krakowa o godz. 5 stał się wyjazdem z Krakowa o godzinie 6, bo czasu trochę zajęło „skompletowanie” wszystkich członków załogi. A byli nimi, prócz tekstu tego autora, Krystian, Wojtek oraz Wojtek. Podróż minęła sennie. Obudził nas (łącznie z kierowcą) chyba tak naprawdę dopiero widok Beskidu Niskiego. Przejazd drogą numer 897 dostarczył wielu pozytywnych, wzrokowych oraz sentymentalnych doznań. Komańcza dała nam ostatni bankomat – w zamian przyjęła od niektórych z nas małe co nieco. Auto zostawiliśmy w Łupkowie Nowym, nieopodal zakładu karnego. Miało tam czekać aż do naszego powrotu za kilka dni (i czekało). Na pytanie zadane strażnikowi: „czy jest tu bezpiecznie pozostawić samochód?” prędko dostaliśmy odpowiedź: „a gdzie miałoby być, jak nie pod kryminałem?”.

(Tu zaczyna się górska wędrówka)

Pozostawiwszy auto tam gdzie wspomniano, udaliśmy się na spacer w stronę bardziej głównej drogi, stopa celem złapania. Po wielu jego uprzednich zmianach, ostatecznie plan na dzień zakładał dotarcie do Ustrzyk Górnych i przejście Połoniny Caryńskiej, a następnie zejście z niej do Brzegów (Berehów) Górnych i wejście na Połoninę Wetlińską i na niej – w Chatce Puchatka – zanocowanie. Z uwagi na to, że główna droga była drogą rzadko uczęszczaną, szybko musieliśmy zrewidować nasze plany. Początkowo udało się złapać stopa w 4 facetów. Później musieliśmy się rozdzielić. Wojtek z Krystianem dotarli w miarę zgrabnie do Smereka, tego tekstu autor oraz Wojtek mieli jednak pewne problemy na trasie i zajęło im trochę wydostanie się z Woli Michowej. Spotkali w niej jednak konnego jeźdźcę oraz jego ucznia, którzy poczęstowali ich złotym trunkiem oraz oscypkiem (brązowym – jak mówił konny jeźdźca – wyrabianym wieczorem, gdyż wtedy nie widać, czy do wiadra oprócz mleka nie wpada przypadkiem cosik jeszcze). Oscypki stać musiały się błogosławieństwem, gdyż ze dwie godziny później śmiałkowie stopa (a potem i jeszcze jednego) w końcu złapali. I dotarli do Wetliny.

DSC_0846
Autostop. Pomiędzy Łupkowem a Wolą Michową.


Z Krystianem i Wojtkiem spotkali się na przełęczy Orłowicza (plan zmienił się na takowy – jak najszybsze dotarcie do Chatki Puchatka). Jakiś czas po tym, jak Wojtek zatrzymał się na sikundę, okazało się, że nie posiada on aparatu fotograficznego, który do tej pory dzierżył. A aparat ten własnością jego nie był. Tym oto sposobem Wojtek do Chatki Puchatka dotarł trochę później niż pozostali, gdyż po aparat się wrócił. Nie znalazł go jednak – od tego momentu wiadomo było, że aparat będzie musiał biwakować pod gołym niebem. Jest to jednak historia z happy endem – o czym zaraz. Sama Chatka Puchatka nie zrobiła na autorze tego tekstu pozytywnego wrażenia. Choć był w niej już nie raz (skromny człowiek), to nocował w niej po raz pierwszy. Opiekun tego obiektu w dosyć jawny sposób traktował nocujących tam gości jedynie jako źródło zarobku. Chyba zbytnio przejął się swą rolą oraz swoimi obowiązkami, a na pewno wydawał się być nimi zmęczony. Próbować można także jego brak jakichkolwiek oznak życzliwości wytłumaczyć dużą liczbą turystów odwiedzającą obiekt, ale niech rozstrzygną inni czy chodzi o to, czy o coś innego (dodać należy, że „chatarem” nie był wówczas Lutek Pińczuk). Oczywiście jest to tylko opinia autora (a nie klubu Hawiarska Koliba), a samą Chatkę Puchatka poleca on zobaczyć.

DSC_0872
Chatka Puchatka.

Kolejny dzień przyniósł trochę Słońca oraz odnalezienie aparatu. Wyliczyć można, że niemały odcinek Połoniny Wetlińskiej Wojtek przeszedł w czasie jednego wyjazdu w sumie 5 razy (a całość – rozumianą jako odcinek od Chatki Puchatka do prawie Przełęczy Orłowicza – 3). Niestety, tekst ten (jak chyba zresztą każdy, mający jednego twórcę) pisany jest z perspektywy autora, nie reprezentuje więc pełni pozostałych wydarzeń, jakie miały miejsce w czasie wyjazdu. Pisząc to, autor ma na myśli m. in. fakt, że nie mógł ująć wszystkich opowiastek z dotarcia w Bieszczady pozostałych osób, które współtworzyły ten wyjazd.

DSC_0883
Wojtek, Adrian i Krystian na Połoninie Caryńskiej.

Tak więc – z Łukaszem, Moniką, Anią, Kariną oraz Bochenem spotkaliśmy się na szlaku nieopodal dwóch dziewczyn, z których jedna zapewne załatwiała swe potrzeby w krzakach. A było to trochę powyżej parkingu w Brzegach Górnych (oni wchodzili, my schodziliśmy). Tego dnia pokonała wspomniana, spotkana przez nas ekipa Połoninę Wetlińską, a my – po dotarciu busem do Ustrzyk i spożyciu w nich posiłku oraz złotego napoju – Połoninę Caryńską. Tak więc znów byliśmy w Brzegach Górnych. Tym razem mieliśmy jednak kluczyki do samochodu Łukasza. Samochodem tym dotarliśmy do miejsca noclegu – Kalnicy. Tam spotkaliśmy Tomka, Jagodę, Agę i Sławka. Wkrótce dotarła do nas ekipa z Wetlińskiej. Na miejscu była też liczna grupa harcerzy, których pozdrawiamy. Udało się złamać barierę ciszy nocnej oraz trochę posiedzieć przy stole.

DSC_0890
Poranek w Kalnicy. Ludzie okupują wspomniany stół.

Kolejny dzień był dniem najdłuższej wędrówki. Czasówka mówiła o 8 godzinach, zrobiło się ich o 1h 40 min więcej. Nocleg w Balnicy wynagrodził nam jednak trudy dnia. Spotkana tam duża ilość ludzi nadała wieczorowi jeszcze lepszy klimat – graliśmy i śpiewaliśmy
z nimi przy ognisku. W Balnicy oczekiwał nas także kwartet: Biedronka, Ewa, Dorotka, Bartek. I z nimi więc połączyliśmy się tamtej pięknej nocy. Niestety, w Kalnicy pozostał Łukasz, który tamtego dnia źle się czuł. Liczne opowieści o ludzkiej stonodze, bajdy
o królewnie i braciach, a także muzyka pewnego grajko-flecisto-gitarzysty sprawiły, że był to pamiętny wieczór. Również i balnicki koń był czynnym uczestnikiem tamtych wydarzeń – atakował udających się w krzaki przechodniów.

DSC_0929
Balnicki koń w natarciu – w swoim żywiole.

Dzień kolejny rozpoczął się niespiesznym zbieraniem się z chatki. 5.5h przejścia do Łupkowa Nowego miało być tylko formalnością. I było, ale w połączeniu z rozpoczęciem przez część osób marszu o godzinie 12 stało się nieco skomplikowane, ze względu na panujące ciemności oraz rychłe nadejście czasu zamknięcia sklepu, w którym to planowano zaopatrzenie się. Te ogromnie trudne problemy zostały jednak pokonane (jak i każde inne), w związku z czym nasi śmiałkowie nie ponieśli śmierci na szlaku. Spotaknie w Łupkowie było szczególne, gdyż stanowiło ostatni nocleg w górach w czasie wyjazdu. Ponowne spotanie Łukasza, a także spotkanie Karoliny-Roliny i Tomka-Siewcy, którzy przyjechali na rowerach, zaowocowało wspaniałą ucztą muzyczno-ogniskową (przy akompaniamencie wilków, które w pobliskich lasach wówczas przebywały). W blasku Księżyca, na boisku do siatkówki rozegrany został mecz piłkarski, w którym przedstawiciele Hawiarskiej Koliby (ci grający boso) pokonali „resztę świata” 9-0. Bramki wyznaczone były za pomocą świecących słupków-czołówek. Gdy w końcu nadeszła noc (w sensie – czas, gdy się śpi), a w schronisku zaczęły płakać dzieci i miejscowy kot zaczął łasić się do twarzy usiłujących zasnąć, w głowach uczestników wycieczki mogły pojawić się myśli, że to czas najwyższy wrócić do domu. Ale nie pojawiły się. Niestety, jednak czas najwyższy wrócić do domu rzeczywiście nadszedł – wraz z nastaniem ostatniego wolnego dnia długiego weekendu. Jeszcze jakieś wygrzewanie się w słońcu, gra w siatkę, zwiedzenie pobliskiej stacji kolejowej. Były to nasze ostatnie wspólne bieszczadzkie chwile tego roku. Z pożądaniem czekamy na kolejną szansę wyjazdu w tenże rejon górski. Choć… przed nami na chwilę obecną do przedreptania jeszcze wiele innych szlaków. A gdy już wreszcie zatęsknimy do Bieszczad(ów) – wrócimy do nich z nie mniejszą radością.

Adrian Skoczylas – Kurczak

IMG_2574Przy łupkowskim schronisku. Na niedługo przed powrotem…


PS. więcej zdjęć z wyjazdu znajdziecie w naszej galerii:
https://picasaweb.google.com/110318016991029933622/Bieszczady811112014?noredirect=1