Sylwester w Odrowążu

Witamy w nowym roku i życzymy aby był on pełen udanych górskich wypadów i niesamowitych podróży!

W tym roku Hawiarska Koliba spędziła sylwester w Odrowążu, na Podhalu, gdzie dzięki Gienkowi mieliśmy dla siebie świetną chatę na skraju wsi.IMG01025-

Pierwsze osoby z gospodarzem na czele, pojawiły się już na dwa dni przed sylwestrem, aby napalić w piecu i zapoczątkować swego rodzaju tradycję tego wyjazdu, czyli witania każdego wschodu słońca z pobliskiej górki o nazwie Głowaczów Wierch.IMG01017-

W ciągu kolejnych dni, z różnych kierunków pobliskich szlaków i dróg do chaty przybyło blisko trzydziestu kolibowych jaskiniowców – motywem sylwestra byli ludzie pierwotni. IMG00852-

O północy, nowy rok przywitaliśmy z dobrze nam znanej górki, gdzie widoki na fajerwerki z całego Podhala z pewnością zapadną każdemu na długo w pamięci. W takich niezwykłych okolicznościach, przy kończących się, odległych pokazach sztucznych ogni, pięć osób mogło zaśpiewać  swój trzeciowyjazdowy hymn klubu – Witamy! :D IMG01009-

Następnego dnia, wcześniej lub później, wszyscy powoli zaczęli powracać do Krakowa stopem, busami, pociągami; zmierzając się z trudnościami gór, Zakopianki i powrotu do rzeczywistości.

Dzięki i do zobaczenia, najlepiej znowu na jakimś wyjeździe, cześć! :)

Wyjazdy Otwarte i Pieczenie już za nami!

P1480091W miniony weekend odbył się ostatni wypad z serii jesiennych rajdów przed Barbórką. W trakcie Wyjazdów Otwartych odwiedziliśmy Beskid Mały (Chatka Gibasówka), Małe Pieniny i Beskid Sądecki (nocleg na Magórach) oraz we wspaniałej pogodzie wędrowaliśmy w Beskidzie Żywieckim do chatki na Zagroniu. Wypady te zgromadziły dużo nowych Kolibowiczów, wielu z nich będzie śpiewać hymn już na Barbórce gdyż będzie to ich trzeci już wyjazd (już Wam się nie upiecze, wszyscy wiedzą i będzie czekać duża widownia ;P ).P1480667

Oczywiście po trzech wyjazdach otwartych, nastąpiło słodziutkie ukochane przez wielu Pieczenie. W chatce Skalance w zeszły weekend zgromadziły się zespoły piekące, sędziujące, oraz konsumujące. Po godzinach zaciętej pracy w kuchni, sumiennego wylizywania przez wszystkich resztek słodkości, które do ciast nie trafiły, z piekarników wyłoniło się siedem wypieków.

To tylko teraz tak źle wygląda, w końcu tak powstawało ciasto na III miejsce

To tylko teraz tak źle wygląda, potem było piękne, w końcu zdobyło III miejsce!

 

W końcu, po obradach najznakomitszej Komisji Jedzenia ile się da Oceniania Ciast, ogłoszono wyniki: III miejsce Łukasz Gustyński, II miejsce Faustyna i Radek (choć ja naprawdę tylko się patrzyłem…) i I miejsce Asia! Dzięki wielkie wszystkim piekącym, (także za to słone ciasto, mimo, że jako niesłodkie nie mogło wygrać, to znów jako pierwsze zostało zjedzone ;) ) za rok też liczymy na takie pyszności! ;)

Zdobywca największej deski do krojenia, czyli I miejsce.

Zdobywca największej deski do krojenia, czyli I miejsce.

Wreszcie wszystko trafiło na stół!

Wreszcie wszystko trafiło na stół!

Na koniec króciutki filmik z wszystkich wyjazdów:

Ps. Zapraszamy oczywiście do trwających zapisów na Barbórkę, do zobaczenia! link: Rejestracja Barbórkowa

Maroko 2018

Cześć!

Pod koniec zeszłego tygodnia kilkuosobowa ekipa z Hawiarskiej przeżyła szok temperaturowy powracając do Polski z ferii w słonecznym Maroku. W tym północnoafrykańskim kraju spędziliśmy dwa tygodnie, przemierzając go od oceanu, przez pustynię, aż po Atlas Wysoki.

Od samego początku wzbogacaliśmy się o lokalną florę bakteryjną, łamiąc chyba wszystkie przewodnikowe zasady żywieniowe. Tadżiny stały się podstawowym elementem naszej diety, piliśmy przepyszne świeżo wyciskane soki z przyulicznych straganów, a przede wszystkim zakochaliśmy się w tradycyjnej miętowej marokańskiej herbatce, którą spożywaliśmy hektolitrami. Chociaż przyznaję, że pierwszy jej łyk był dla nas lekkim szokiem, ponieważ jest tak słodka, że aż gęsta :D

Tak samo jak towarzystwo dzikich zwierząt

Posiłek w towarzystwie dzikich zwierząt.

Obowiązkowy świeżo wyciskany sok!

Obowiązkowy świeżo wyciskany sok!

Marokańska herbatka, koniecznie polewana z wysoka, aby utworzyła się pianka.

Marokańska herbatka, koniecznie polewana z wysoka, aby utworzyła się pianka.

Pierwszym punktem naszej afrykańskiej podróży była malownicza osada Ait ben Haddou, w której kręcono m.in. Grę o Tron, Gladiatora, Asterixa i Kleopatrę czy Klejnot Nilu. Tam też po raz pierwszy spotkaliśmy bociany, co wszystkim sprawiło niezmierną radość ;)

Ait ben Haddou

Ait ben Haddou.

Wracajcie do nas szybko!!!

Wracajcie do nas szybko!!!

Następnie udaliśmy się do raju dla wspinaczy (i nie tylko) – wąwozu Todra. Niektórzy się wspinali, inni udali się na kilkugodzinny trekking, wieczorem natomiast zostaliśmy zaproszeni na  wieczór bębniarski, co nieco przypominało nam taką berberską Kolibę ;) A dzięki naszemu gospodarzowi – Moho – czuliśmy się tam jak w domu.

Trekking w Todrze.

Trekking w Todrze…

... i berberska Koliba ;)

… i berberska Koliba ;)

Kolejno przyszedł czas na Saharę, która zrobiła na nas wrażenie przede wszystkim dzięki swoim niezwykłym barwom. Zaliczyliśmy przejażdżkę na wielbłądach, sandboarding (z którego wyszedł nam taki afrykański „Zjazd na Bele Czem”), a wieczorem, ku naszemu zdumieniu, także i deszcz na pustyni. No i zachód słońca nam się nie za bardzo udał, bo chmury…

Naprzód, Poziomka!

Naprzód, Poziomka!

Takie tam z flagą.

Takie tam z flagą.

A po pustyni w końcu nadszedł czas na góry! Nie ma co się rozdrabniać, za cel obraliśmy sobie najwyższy szczyt Maroka – Jebel Toubkal (4167 m n.p.m.). Dotarliśmy do miejscowości Imlil, skąd wyruszyliśmy do schroniska pod Toubkalem położonego na wysokości 3200 m n.p.m. Wysokość wywarła na nas niesamowity wpływ i już przed 21 spaliśmy jak dzieci. Przynajmniej byliśmy jako tako tako wypoczęci, kiedy, jeszcze przed świtem, ruszyliśmy w drogę na szczyt. Widoki zrobiły na nas ogromne wrażenie,  był to jeden z najlepszych fragmentów naszej wyprawy. Jednak nie ma to jak góry ;) Tylko na szczycie ludzie trochę dziwnie się na nas patrzyli… Może to dlatego, że grillowaliśmy banany…? No ale przecież w Maroku nie da się dostać kiełbasy…!

Z flagą na Toubkalu ;)

Takie tam z flagą na Toubkalu ;)

Bananowy grill.

Bananowy grill.

Drugi tydzień był zdecydowanie bardziej leniwy. Z potwornymi zakwasami ruszyliśmy na suki (taki targ!) do Marrakeszu. Jeśli o mnie chodzi, było to dla mnie przeżycie dość traumatyczne. Ludzi (a przede wszystkim turystów) jest w Marrakeszu więcej niż wszędzie, a sprzedawcy są bardziej natarczywi niż wszędzie. Wąskie uliczki, z których nawet nie widać kawałka nieba, zastawione z obu stron straganami, z których każdy krzyczy, że koniecznie muszę coś kupić, przyprawiały mnie niemal o panikę. Na szczęście spędziliśmy tam tylko jeden dzień i ruszyliśmy nad ocean do Essaouiry, gdzie już było super ;) Targ tam również był, ale jakiś taki bardziej przyjazny, no i wydaliśmy  dużo dirhamków… Essaouira to też raj dla miłośników kotów – jest ich tam więcej niż gdziekolwiek i bardzo lubią się głaskać :D

Aaawwwww!

Aaawwwww!

Ale fala!

Ale fala!

Raj dla miłośników fotografowania zachodów słońca i mew...

Raj dla miłośników fotografowania zachodów słońca i mew…

MAROKO W PRAKTYCE

Pieniądze: Walutą w Maroku jest dirham (MAD). Najlepiej zabrać ze sobą euro (1 EUR to ok. 11 MAD). Należy zachowywać potwierdzenia otrzymywane w kantorach, bo mogą one być przydatne podczas wymiany dirhamów na euro w drodze powrotnej. Prawie o wszystko trzeba się targować, zbijając początkową cenę przynajmniej o połowę. Im bardziej cierpliwy i męczący jesteś, tym lepszy efekt :D

Transport: Podróżując lokalnymi autobusami należy przestawić się na czas afrykański, czyli nigdzie się nie śpieszysz nawet jak się śpieszysz. Częste są bowiem długie postoje, podczas których można wyjść na kawę, sok, a nawet obiad. Warto się przejechać i poznać miejscowy folklor, ale na dłuższą metę trochę to męczące. Następnym razem poważnie rozważylibyśmy wypożyczenie samochodu, co prawdopodobnie nie wyszłoby nas dużo drożej, a niewątpliwie pozwoliłoby zaoszczędzić dużo czasu.

Język: Kto chce się z tobą dogadać (bo chce na tobie zarobić), to się z tobą dogada po angielsku. A że zarobić chce każdy to raczej nie ma problemu.

Noclegi: Noclegi wyszukiwaliśmy na bieżąco na portalu booking.com albo na miejscu (jeszcze dobrze nie wysiądziesz z autobusu a już znajdzie się ktoś oferujący nocleg). Koszt to średnio ok. 20 zł.

Telekomunikacja: Jeśli chce się mieć jakąś łączność ze światem to warto zaopatrzyć się w marokańską kartę. 1 GB internetu kosztuje 4 zł, a zasięg jest naprawdę dobry. Jadąc autobusem przez środek niczego mogliśmy oglądać zwycięski skok Kamila Stocha podczas igrzysk w Pjongchang :D

Pustynia: Atrakcja, w skład której wchodziła przejażdżka na wielbłądach, sandboarding, nocleg na pustyni (z obiadem) i śniadanie po powrocie do hostelu kosztowała nas 30 euro od osoby. Była to cena raczej normalna, chociaż dałoby się taniej. W każdym razie na pewno nie drożej (przynajmniej poza sezonem), a niektórzy ponoć wydają nawet 200 euro. Polecamy przejażdżkę na wielbłądach (chociaż czuliśmy się trochę głupio, niczym na festynie na kucykach prowadzonych na sznurku), natomiast nocleg na pustyni już niekoniecznie. Jak ktoś ma ochotę to naszym zdaniem dużo sympatyczniej wybrać się tam na piechotę z własnym namiotem.

Toubkal: Góra stosunkowo łatwa do zdobycia, plany tu może pokrzyżować pogoda lub ewentualne oznaki choroby wysokościowej. Niezbędne były raki, które bez problemu można wypożyczyć w Imlil. Tak samo jak kijki, czekany, buty, a nawet kurtki. Nocleg w schronisku pod Toubkalem kosztuje 15 euro, natomiast 25 euro razem ze śniadaniem i kolacją. Turyści przez duże tfu mogą wykupić transport swoich walizek na kółkach do schroniska (do ostatniej wioski bagaże noszą muły, a dalej na plecach dźwigają je Marokańczycy).

Zjazd na Byle Czym

Cześć!

Meldujemy się już po Dupozjazdach i jednocześnie dziękujemy wszystkim za udział :D. Na Niemcową w tym roku udaliśmy się w dwóch grupach; Ci pierwsi przecierali szlak ze Szczawnicy…

Nie ma lekko...

Nie ma lekko…

…Drudzy z Rytra mieli łatwiej. ;)

...tu natomiast raczej sielanka

…natomiast tutaj raczej sielanka ;)

Po dotarciu do chatki każdy wyjął to co miał w plecaku i rozpoczeły się różne eksperymenty zjazdów z górki.

Byli przedstawiciele klasycznych zjazdów...

Byli przedstawiciele klasycznego sprzętu…

...jak i tych mniej DUPOzjazdowych...

…jak i tego mniej DUPOzjazdowego…

... a przynajmniej do czasu :P

… przynajmniej do czasu :P

Niestety odbyło się to bez ekipy ze Szczawnicy, która po skończonej walce ze szlakiem dotarła do chaty po zmroku. Wtedy to już przy blasku świec i brzmieniu gitar, razem śpiewaliśmy i miło spędzaliśmy czas…DSC_0498Więcej zdjęć (fotograf Karina / ja)

Sylwester na Ukrainie

Witajcie w Nowym Roku!

Mamy nadzieję, że szampańsko bawiliście się na zabawie sylwestrowej, a 2018 rok przyniesie Wam mnóstwo pozytywnej energii i chęci odkrywania coraz to nowych szlaków ;) Wszystkiego najlepszego!

W tym roku pokaźna gromada Kolibowiczów udała się na Sylwestra w Beskidy Skolskie na Ukrainę. Większość wyruszyła w drogę już w piątek, aby wieczorem dotrzeć do Skole, gdzie mieliśmy wynajętą kwaterę.

Nic nie widzę, ale chyba już niedaleko!

Nic nie widzę, ale chyba już niedaleko!

W sobotę odespaliśmy całodniową podróż dnia poprzedniego i udaliśmy się na spacer do wodospadu Hurkalo.

Zdjęcie grupowe musi być! Uwierzcie na słowo, że wodospad jest za nami.

Zdjęcie grupowe musi być! Uwierzcie na słowo, że wodospad jest za nami.

Jest i selfie!

Jest i selfie!

Na niedzielę zaplanowana trasa była nieco ambitniejsza – zdobyć mieliśmy szczyt o wdzięcznej nazwie Paraszka. Niestety ze względu na kapryśną pogodę i zbliżający się zmrok okazał się on być „Porażką”, ponieważ wszyscy (wcześniej czy później) zawrócili ze szlaku. Jednak nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło, przynajmniej zdążyliśmy (w większości) pójść do knajpy na obiad ;)

Najambitniejsi jeszcze brną przed siebie.

Najambitniejsi jeszcze brną przed siebie.

A wieczorem oczywiście zabawa sylwestrowa! Tym razem motywem przewodnim imprezy była „Dyskoteka zza wschodniej granicy”.

Nie podpieraliśmy ścian! Była kanapa.

Nie podpieraliśmy ścian! Była kanapa.

Nie no, żartuję. Tańce też były.

Nie no, żartuję. Tańce też były.

Poniedziałkowy poranek za to już taki fajny nie był, ponieważ o 9:18 mieliśmy pociąg, co oznaczało pobudkę o 7:30 (i gigantyczną kolejkę do jedynej łazienki :| ). Wszyscy jednak zdobyli się na ten nieludzki wysiłek i ruszyli w drogę powrotną, kończąc kolejny niezapomniany wyjazd.

W drodze na dworzec...

W drodze na dworzec…

Jedźmy gdzieś znowu, szybko!!!

Więcej zdjęć (autorstwa Radka i Rafała): https://photos.app.goo.gl/8zZgewb4BfWiQEKg2