Weekend majowy w Karpatach Ukraińskich

Karpaty Ukraińskie. Ten górski obszar zamarzył się w tym roku Kolibowiczom jako cel na majówkę. 3 maja 2016 roku wypadał we wtorek, tak więc do dyspozycji były tylko 4 wolne od nauki dni (począwszy od soboty). Prawda jest jednak bardziej optymistyczna – w życiu studenta od nauki wolny jest w zasadzie każdy dzień (oprócz kilku nocy w sesji), tak więc – z miłości do gór – wyjazd można było nieco przedłużyć. I już we czwartek, w godzinach mocno porannych, w kierunku dawnych rubieży II RP wyruszyło z Koliby kilkoro śmiałków. Po nocy spędzonej we Lwowie swój azymut obrali na (z grubsza) południe. Celem ich była Osmołoda, wioseczka leżąca u podnóży Gorganów. Zamierzenie swe, z mniejszą lub większą ilością marszrutkowych przesiadek, zrealizowali, a droga ich wiodła przez Iwano-Frankowsk (Stanisławów), Stryj i Kałusz. Mniej więcej w tym samym czasie (piątek po południu) z Krakowa wyruszała kolejna potężna, licząca 8 osób grupa.

Początek drogi - Maksymiec

Początek drogi – Maksymiec

30 kwietnia. Gdy ekipa „czwartkowa” walczyła we wiacie na szlaku z zimnem i deszczem, grupa „piątkowa” rozkoszowała się noclegiem we Lwowie. Przyjemności jednak nie za dużo, bo z rana trzeba było zwijać się na pociąg. Do ekipy dołączył Darek, który, jadąc z Warszawy, pobił chyba rekord długości dojazdu do Lwowa (wyjechał ok. godz. 16, do Lwowa dotarł na 6 rano). Pociąg wspomniany zawiózł ich do Stanisławowa, następnie wynajętym busikiem w kierunku na Rafajłową (Bystrycję) się udali, a wysiadkę po drodze – w Maksymcu – urządzili. Ekipa czwartkowa zdobyła już Igrowiec i Sywulę, ekipa piątkowa powoli, z dobrej woli, doliną wioski się mozoli. Spotkali się wieczorem, w strugach deszczu rozbijając namioty

U stóp Sywuli - Połonina Ruszczyna

U stóp Sywuli – Połonina Ruszczyna

.

Razem

1 maja. Był to kulminacyjny moment wyjazdu. Na szlaku było ich łącznie 13 osób! Poprzedniego dnia wieczorem za bardzo nie posiedzieli przy ognisku, bo to palić się nie chciało, ale pokrzepiającym duchem się uraczyli, coby weselej po ulewie się zrobiło (a zrobiło się, szczególnie dzięki zawartości plastikowej butelki „Cisowianki” Łukasza). Poranek piękną mgłą, ale i po chwili słońcem ich przywitał – namioty wysuszyć się zacnie udało. Udało się też wyjść z obozu na Poł. Ruszczynie w południe. No cóż, pierwszy dzień wspólnej części wyjazdu, może to nie grzech? Głównym wyznacznikiem naszej trasy były słupy graniczne oddzielające niegdyś II RP od Czechosłowacji. Jak można się domyślić, wędrówka tego dnia przeciągnęła się do godzin nocnych. Do celu – noclegu przy ruinach schroniska (1,5h drogi za Przeł. Legionów) – dotarliśmy ok. godz. 21. Na miejscu rozbiła się już ok. godz. 17 ekipa Białorusinów, którzy także spali noc wcześniej na Pol. Ruszczynie. Stwierdzili, że chyba lubimy chodzić po nocy (w rzeczy samej). Taki obrót sprawy przewidzieli znajomi Mateusza, którzy postanowili odłączyć się od naszej wycieczki i iść swoim tempem, aby zdążyć wrócić do Krakowa w zobowiązującym ich terminie. W związku ze zmęczeniem oraz (przede wszystkim) późną porą, gitarowych grań za wiele i tej nocy nie było.

DSC_1829

2 maja. Czekały nas dziś spore do zdreptania górki. Wyjście z obozu ostatnich osób ok. godz. 10.20 – nie jest źle. Nie mniej jednak część wyszła prawie planowo, tzn. planowo-wariant B (jak nie uda się o 9.30, to musi się udać o 10.00), tak więc grupka się nieco rozciągnęła i praktycznie do końca dnia wędrowaliśmy w rozczłonkowaniu. Trasa nie rozpieszczała. Praktycznie od samego początku musieliśmy wspinać się dość stromo pod górę (dlaczego? :( to w górach tak trzeba? :( ), przyjemniej zrobiło się już na grani, gdzie naszym oczom ukazały się połoniny Świdowca. Schodząc, spotkaliśmy wiele już rozbitych obozów – czy to przy źródłach Cisy, czy na kolejnych polankach. Cisnęliśmy jednak jak najdalej, aby skrócić przejście zaplanowane na kolejny dzień. W zasadzie była to ostatnia noc w liczniejszym gronie. Z pozostałych 11 osób, z rana 4 miały nas opuścić. Do obozowiska dotarliśmy ok. 20.00, w nastrojach zresztą różnych. Choć posiedzieliśmy (nie tylko) gitarowo przy ognisku, a i atmosfera zrobiła się zacna, to jednak smutek kolejnego rozbioru hawiarskiej ekipy dawał się we znaki.

Akcja "grad" nieopodal szczytu Gropy (1758 m n.p.m.)

Akcja „grad” nieopodal szczytu Gropy (1758 m n.p.m.)

3 maja. Ostatnie pożegnanie, wspaniała czwórka wracała do źródeł Cisy, aby dolinką zejść do Jasini, a pozostali, ok. godz. 11 wyruszyli w dalszą drogę. Co nas czekało? Mogło czekać zejście do Jasini, Kwasów, albo nocleg przy dolnej stacji wyciągu narciarskiego – Dragobrat. Ze względu na możliwość zrobienia zakupów (we wspomnianych wioskach bylibyśmy raczej po zamknięciu sklepów) oraz przespania się w nieco bardziej codziennych warunkach, wybraliśmy to ostatnie – tak więc spieszyć się nie trzeba było. Tego dnia zliczyliśmy najbardziej widokową oraz najbardziej przyjemną trasę – cały czas prawie po płaskim, tj. po połoninach. Rozległe widoki na okoliczne pasma górskie. Dzień na szlaku zleciał dość szybko – w końcu nie było to tak jak do tej pory, czyli 9cio czy 10-godzinne przejście. A na Dragobracie było spanko za 100 UAH, piwo i pierogi oraz plany dalszych poczynań. Stanęło na udaniu się w Czarnohorę w wariancie lekko-turystycznym, tzn. kosztem zdobycia Howerli (niestety, a może „stety” – robiąc sobie smaka na ponowny wypad w te rejony), dotarciu do prywatnej chatki w okolicy Bystreca i Dżembroni, tam zdobyciu Popa Iwana i rozkoszowaniu się górskim chatkowo-gitarowym nieróbstwem.

Słitfocia na Geriszasce (1762 m n.p.m.)

Słitfocia na Geriszasce (1762 m n.p.m.)

4 maja. Miał to być dzień odpoczynku (i był to dzień odpoczynku). Ok. 3-godzinne zejście do Jasini, następnie dotarcie do Werchowyny i do Bystreca (wynajętymi busami, w marszrutkach zabrakło dla nas miejsca). Wieczorem jedynie 45 minut marszu pod górkę i nocleg. Spaliśmy w prywatnej kwaterze prowadzonej przez Polaka.

5 maja. Na lekko wybraliśmy się na Popa Iwana. Wędrówka tam i z powrotem zajęła 9,5 godziny, z czego na szczycie spędziliśmy, grillując, około godzinę. Doświadczyliśmy wówczas chyba wszystkich pór roku. O ile na początku można było iść w krótkim rękawku, o tyle na szczycie było 0 stopni i padał grad, a później śnieg. Tak brzydka pogoda tego dnia na szczycie utrzymywała się tylko w czasie, gdy na nim byliśmy :p Było to niejako pożegnanie z górami. Tego wyjazdu czekało nas już tylko zejście w dół doliny i powrót. Wieczorem chcieliśmy spędzić miło czas wspólnie po raz ostatni (wraz z innymi osobami zakwaterowanymi w ośrodku), jednakże nie było nam to dane. W spisie studenckich chatek wydawanym przez PTTK znajdują się obiekty, które w nim znajdować się nie powinny, ale to już inna kwestia.

Grill na Popie Iwanie (2022 m n.p.m.)

Grill na Popie Iwanie (2022 m n.p.m.)

6 maja. Po uiszczeniu opłaty wynoszącej 5$ za nocleg od osoby (można było płacić w złotówkach, w hrywnach nie) schodzimy do Werchowyny doliną Czeremoszu. Mijają nas liczne załogi, które spływają w dół rzeki (jest to bardzo popularne miejsce raftingu). Pogoda dopisuje. Kursową marszrutką (tym razem się mieścimy) docieramy do Worochty, dawnego polskiego uzdrowiska. Jest wczesna pora, a sklepy i bary otwarte. Posileni kolacją (niektórzy wzięli kawał mięsa z frytkami, inni jakieś ukraińskie barszcze i pierogi, a Mateusz z silnej tęsknoty za górami zamówił sobie kuskus). Pociąg miał odjechać dopiero o 2.17, zatem po suchej kolacji była kolacja mokra (deszcz też padał), a i nieco – w końcu – pograliśmy na gitarze (i na ukulele, które przez prawie cały wyjazd niosła Kasia oraz na łyżkach – Darek).

Zejście. Z Howerlą w tle

Zejście. Z Howerlą w tle

7 maja. Ok. 8.30 docieramy do Lwowa. Pociąg wygodny, bo kuszetka, dodatkowo wzięliśmy na wypasie nie płackartnyj, a kupiejnyj (zamykane przedziały 4-osobowe). Koszt takiej imprezy nie był duży, wyniósł (pamięć zawodna jest) ok. 80 hrywien od głowy. I cóż, pożegnań nadszedł czas. Większość wróciła do Polski już z rana, jeszcze kilka osób zostało na noc we Lwowie porozkoszować się urokami tego pięknego miasta.

I choć kolejny wyjazd w góry dobiegł końca, to głód górskich wędrówek pozostał niezaspokojony. Taki już ciężki kolibowy żywot. Znowu trzeba będzie coś zaplanować… Howerla czeka :)

Sięgnij po więcej fotek: GALERIA

Parę informacji praktycznych

Wymiana hajsu

Najlepszy kurs wymiany spotkacie we Lwowie. Jeśli macie 0 hrywien, to symboliczną kwotę (na pokrycie kosztu dojazdu z granicy do Lwowa) najlepiej wymienić tuż po przekroczeniu granicy. W Polsce nie opłaca się, a często kurs jest mocno oszukany.

Dojazd do Lwowa

najszybszą i chyba najtańszą (no może oprócz dojazdu samochodem z instalacją LPG) opcją dojazdu do Lwowa jest dotarcie pociągiem do Przemyśla (bilet studencki na pociąg IC kosztuje 21,56 PLN, czas przejazdu to ok. 4 godziny), następnie dojechanie do granicy (Medyka/Szegini) busikiem z dworca za 2 PLN, przejście granicy na piechotę (w zależności od ruchu: pół godziny lub więcej) i dojazd do Lwowa marszrutką (ok. 1 h 45 min jazdy, 34 UAH (1 UAH = ok. 16 groszy).

We Lwowie

Ceny hosteli to średnio 100 UAH za nocleg od osoby. Można taniej. Spać na dworcu się za bardzo nie da – wyganiają ludzi, którzy kładą się na podłodze. Siedzenia na dworcu są, ale atmosfera jest mało dla nosa przyjemna. Koszt przejazdu komunikacją miejską po Lwowie to 2 UAH. Cena obiadu – od kilkudziesięciu UAH.

Dojazd w góry

Dojazd jest raczej kombinowany. Są bezpośrednie pociągi (np. linia do Rachowa), ale z reguły tylko raz na dzień (przy czym pociąg taki jedzie ok. 7 godzin i posiada miejsca leżące – w cenie od 50 UAH!). Łatwiej w góry jest dostać się z Ivanofrankowska (do którego ze Lwowa co chwilę odjeżdża jakiś pociąg), skąd praktycznie w każdym kierunku odjeżdżają marszrutki. Można też wynająć taxi/busa i w ten sposób dojechać natychmiastowo (unikając także ewentualnych innych przesiadek) do miejsca pożądanego – przy grupie 9 osobowej zapłaciliśmy 800UAH za całego busa (ok. 1,5 h jazdy w jedną stronę).

W górach

Zależy gdzie, ale praktycznie nie ma schronisk i chatek studenckich. Namiot. Ludzi na szlakach coraz więcej – a te w ostatnich latach zostały oznakowane.

Półmetek Barbórki 2015

Już tylko niecały miesiąc dzieli nas od jednego z najlepiej wspominanych przez wszystkich rajdów. Rajd nosi nazwę Półmetek Barbórki i po raz pierwszy odbywać się będzie na Przełęczy Knurowskiej. Półmetek jest jedną z nielicznych okazji w roku do spotkania się ze starszymi kolibowiczami i posłuchania historii z początków istnienia klubu.


Termin Półmetka zbiega się w tym roku z weekendem Bożociałowym więc będzie to też możliwość do licznych spacerów po Gorcach.

Wszystkie szczegóły wyjazdu znajdziecie na forum (link poniżej).
http://hkoliba.dkonto.pl/phpBB3/viewtopic.php?f=26&t=105
oraz w tym wydarzeniu na facebooku
https://www.facebook.com/events/749339698519094/

Do zobaczenia!!!

Barbórka

Barbórka – schronisko Przysłop pod Baranią Górą, Beskid Śląski, 13 – 14.12.2014

 b1

Spotkanie się z całym pokoleniem kolibowiczów nadaje tej imprezie wspaniały klimat. Niektórzy, tylko po to by w niej uczestniczyć przyjeżdżają z odległych miast i niekiedy nawet państw.

Czytaj dalej