Maroko 2018

Cześć!

Pod koniec zeszłego tygodnia kilkuosobowa ekipa z Hawiarskiej przeżyła szok temperaturowy powracając do Polski z ferii w słonecznym Maroku. W tym północnoafrykańskim kraju spędziliśmy dwa tygodnie, przemierzając go od oceanu, przez pustynię, aż po Atlas Wysoki.

Od samego początku wzbogacaliśmy się o lokalną florę bakteryjną, łamiąc chyba wszystkie przewodnikowe zasady żywieniowe. Tadżiny stały się podstawowym elementem naszej diety, piliśmy przepyszne świeżo wyciskane soki z przyulicznych straganów, a przede wszystkim zakochaliśmy się w tradycyjnej miętowej marokańskiej herbatce, którą spożywaliśmy hektolitrami. Chociaż przyznaję, że pierwszy jej łyk był dla nas lekkim szokiem, ponieważ jest tak słodka, że aż gęsta :D

Tak samo jak towarzystwo dzikich zwierząt

Posiłek w towarzystwie dzikich zwierząt.

Obowiązkowy świeżo wyciskany sok!

Obowiązkowy świeżo wyciskany sok!

Marokańska herbatka, koniecznie polewana z wysoka, aby utworzyła się pianka.

Marokańska herbatka, koniecznie polewana z wysoka, aby utworzyła się pianka.

Pierwszym punktem naszej afrykańskiej podróży była malownicza osada Ait ben Haddou, w której kręcono m.in. Grę o Tron, Gladiatora, Asterixa i Kleopatrę czy Klejnot Nilu. Tam też po raz pierwszy spotkaliśmy bociany, co wszystkim sprawiło niezmierną radość ;)

Ait ben Haddou

Ait ben Haddou.

Wracajcie do nas szybko!!!

Wracajcie do nas szybko!!!

Następnie udaliśmy się do raju dla wspinaczy (i nie tylko) – wąwozu Todra. Niektórzy się wspinali, inni udali się na kilkugodzinny trekking, wieczorem natomiast zostaliśmy zaproszeni na  wieczór bębniarski, co nieco przypominało nam taką berberską Kolibę ;) A dzięki naszemu gospodarzowi – Moho – czuliśmy się tam jak w domu.

Trekking w Todrze.

Trekking w Todrze…

... i berberska Koliba ;)

… i berberska Koliba ;)

Kolejno przyszedł czas na Saharę, która zrobiła na nas wrażenie przede wszystkim dzięki swoim niezwykłym barwom. Zaliczyliśmy przejażdżkę na wielbłądach, sandboarding (z którego wyszedł nam taki afrykański „Zjazd na Bele Czem”), a wieczorem, ku naszemu zdumieniu, także i deszcz na pustyni. No i zachód słońca nam się nie za bardzo udał, bo chmury…

Naprzód, Poziomka!

Naprzód, Poziomka!

Takie tam z flagą.

Takie tam z flagą.

A po pustyni w końcu nadszedł czas na góry! Nie ma co się rozdrabniać, za cel obraliśmy sobie najwyższy szczyt Maroka – Jebel Toubkal (4167 m n.p.m.). Dotarliśmy do miejscowości Imlil, skąd wyruszyliśmy do schroniska pod Toubkalem położonego na wysokości 3200 m n.p.m. Wysokość wywarła na nas niesamowity wpływ i już przed 21 spaliśmy jak dzieci. Przynajmniej byliśmy jako tako tako wypoczęci, kiedy, jeszcze przed świtem, ruszyliśmy w drogę na szczyt. Widoki zrobiły na nas ogromne wrażenie,  był to jeden z najlepszych fragmentów naszej wyprawy. Jednak nie ma to jak góry ;) Tylko na szczycie ludzie trochę dziwnie się na nas patrzyli… Może to dlatego, że grillowaliśmy banany…? No ale przecież w Maroku nie da się dostać kiełbasy…!

Z flagą na Toubkalu ;)

Takie tam z flagą na Toubkalu ;)

Bananowy grill.

Bananowy grill.

Drugi tydzień był zdecydowanie bardziej leniwy. Z potwornymi zakwasami ruszyliśmy na suki (taki targ!) do Marrakeszu. Jeśli o mnie chodzi, było to dla mnie przeżycie dość traumatyczne. Ludzi (a przede wszystkim turystów) jest w Marrakeszu więcej niż wszędzie, a sprzedawcy są bardziej natarczywi niż wszędzie. Wąskie uliczki, z których nawet nie widać kawałka nieba, zastawione z obu stron straganami, z których każdy krzyczy, że koniecznie muszę coś kupić, przyprawiały mnie niemal o panikę. Na szczęście spędziliśmy tam tylko jeden dzień i ruszyliśmy nad ocean do Essaouiry, gdzie już było super ;) Targ tam również był, ale jakiś taki bardziej przyjazny, no i wydaliśmy  dużo dirhamków… Essaouira to też raj dla miłośników kotów – jest ich tam więcej niż gdziekolwiek i bardzo lubią się głaskać :D

Aaawwwww!

Aaawwwww!

Ale fala!

Ale fala!

Raj dla miłośników fotografowania zachodów słońca i mew...

Raj dla miłośników fotografowania zachodów słońca i mew…

MAROKO W PRAKTYCE

Pieniądze: Walutą w Maroku jest dirham (MAD). Najlepiej zabrać ze sobą euro (1 EUR to ok. 11 MAD). Należy zachowywać potwierdzenia otrzymywane w kantorach, bo mogą one być przydatne podczas wymiany dirhamów na euro w drodze powrotnej. Prawie o wszystko trzeba się targować, zbijając początkową cenę przynajmniej o połowę. Im bardziej cierpliwy i męczący jesteś, tym lepszy efekt :D

Transport: Podróżując lokalnymi autobusami należy przestawić się na czas afrykański, czyli nigdzie się nie śpieszysz nawet jak się śpieszysz. Częste są bowiem długie postoje, podczas których można wyjść na kawę, sok, a nawet obiad. Warto się przejechać i poznać miejscowy folklor, ale na dłuższą metę trochę to męczące. Następnym razem poważnie rozważylibyśmy wypożyczenie samochodu, co prawdopodobnie nie wyszłoby nas dużo drożej, a niewątpliwie pozwoliłoby zaoszczędzić dużo czasu.

Język: Kto chce się z tobą dogadać (bo chce na tobie zarobić), to się z tobą dogada po angielsku. A że zarobić chce każdy to raczej nie ma problemu.

Noclegi: Noclegi wyszukiwaliśmy na bieżąco na portalu booking.com albo na miejscu (jeszcze dobrze nie wysiądziesz z autobusu a już znajdzie się ktoś oferujący nocleg). Koszt to średnio ok. 20 zł.

Telekomunikacja: Jeśli chce się mieć jakąś łączność ze światem to warto zaopatrzyć się w marokańską kartę. 1 GB internetu kosztuje 4 zł, a zasięg jest naprawdę dobry. Jadąc autobusem przez środek niczego mogliśmy oglądać zwycięski skok Kamila Stocha podczas igrzysk w Pjongchang :D

Pustynia: Atrakcja, w skład której wchodziła przejażdżka na wielbłądach, sandboarding, nocleg na pustyni (z obiadem) i śniadanie po powrocie do hostelu kosztowała nas 30 euro od osoby. Była to cena raczej normalna, chociaż dałoby się taniej. W każdym razie na pewno nie drożej (przynajmniej poza sezonem), a niektórzy ponoć wydają nawet 200 euro. Polecamy przejażdżkę na wielbłądach (chociaż czuliśmy się trochę głupio, niczym na festynie na kucykach prowadzonych na sznurku), natomiast nocleg na pustyni już niekoniecznie. Jak ktoś ma ochotę to naszym zdaniem dużo sympatyczniej wybrać się tam na piechotę z własnym namiotem.

Toubkal: Góra stosunkowo łatwa do zdobycia, plany tu może pokrzyżować pogoda lub ewentualne oznaki choroby wysokościowej. Niezbędne były raki, które bez problemu można wypożyczyć w Imlil. Tak samo jak kijki, czekany, buty, a nawet kurtki. Nocleg w schronisku pod Toubkalem kosztuje 15 euro, natomiast 25 euro razem ze śniadaniem i kolacją. Turyści przez duże tfu mogą wykupić transport swoich walizek na kółkach do schroniska (do ostatniej wioski bagaże noszą muły, a dalej na plecach dźwigają je Marokańczycy).

Zjazd na Byle Czym

Cześć!

Meldujemy się już po Dupozjazdach i jednocześnie dziękujemy wszystkim za udział :D. Na Niemcową w tym roku udaliśmy się w dwóch grupach; Ci pierwsi przecierali szlak ze Szczawnicy…

Nie ma lekko...

Nie ma lekko…

…Drudzy z Rytra mieli łatwiej. ;)

...tu natomiast raczej sielanka

…natomiast tutaj raczej sielanka ;)

Po dotarciu do chatki każdy wyjął to co miał w plecaku i rozpoczeły się różne eksperymenty zjazdów z górki.

Byli przedstawiciele klasycznych zjazdów...

Byli przedstawiciele klasycznego sprzętu…

...jak i tych mniej DUPOzjazdowych...

…jak i tego mniej DUPOzjazdowego…

... a przynajmniej do czasu :P

… przynajmniej do czasu :P

Niestety odbyło się to bez ekipy ze Szczawnicy, która po skończonej walce ze szlakiem dotarła do chaty po zmroku. Wtedy to już przy blasku świec i brzmieniu gitar, razem śpiewaliśmy i miło spędzaliśmy czas…DSC_0498Więcej zdjęć (fotograf Karina / ja)

Sylwester na Ukrainie

Witajcie w Nowym Roku!

Mamy nadzieję, że szampańsko bawiliście się na zabawie sylwestrowej, a 2018 rok przyniesie Wam mnóstwo pozytywnej energii i chęci odkrywania coraz to nowych szlaków ;) Wszystkiego najlepszego!

W tym roku pokaźna gromada Kolibowiczów udała się na Sylwestra w Beskidy Skolskie na Ukrainę. Większość wyruszyła w drogę już w piątek, aby wieczorem dotrzeć do Skole, gdzie mieliśmy wynajętą kwaterę.

Nic nie widzę, ale chyba już niedaleko!

Nic nie widzę, ale chyba już niedaleko!

W sobotę odespaliśmy całodniową podróż dnia poprzedniego i udaliśmy się na spacer do wodospadu Hurkalo.

Zdjęcie grupowe musi być! Uwierzcie na słowo, że wodospad jest za nami.

Zdjęcie grupowe musi być! Uwierzcie na słowo, że wodospad jest za nami.

Jest i selfie!

Jest i selfie!

Na niedzielę zaplanowana trasa była nieco ambitniejsza – zdobyć mieliśmy szczyt o wdzięcznej nazwie Paraszka. Niestety ze względu na kapryśną pogodę i zbliżający się zmrok okazał się on być „Porażką”, ponieważ wszyscy (wcześniej czy później) zawrócili ze szlaku. Jednak nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło, przynajmniej zdążyliśmy (w większości) pójść do knajpy na obiad ;)

Najambitniejsi jeszcze brną przed siebie.

Najambitniejsi jeszcze brną przed siebie.

A wieczorem oczywiście zabawa sylwestrowa! Tym razem motywem przewodnim imprezy była „Dyskoteka zza wschodniej granicy”.

Nie podpieraliśmy ścian! Była kanapa.

Nie podpieraliśmy ścian! Była kanapa.

Nie no, żartuję. Tańce też były.

Nie no, żartuję. Tańce też były.

Poniedziałkowy poranek za to już taki fajny nie był, ponieważ o 9:18 mieliśmy pociąg, co oznaczało pobudkę o 7:30 (i gigantyczną kolejkę do jedynej łazienki :| ). Wszyscy jednak zdobyli się na ten nieludzki wysiłek i ruszyli w drogę powrotną, kończąc kolejny niezapomniany wyjazd.

W drodze na dworzec...

W drodze na dworzec…

Jedźmy gdzieś znowu, szybko!!!

Więcej zdjęć (autorstwa Radka i Rafała): https://photos.app.goo.gl/8zZgewb4BfWiQEKg2

2. Turnus w Beskidzie Niskim

W tym roku Beskid Niski okazuje się być częstym celem kolibowych wypraw. Najpierw majówka, a teraz dwie kolejne ekipy wakacyjne zaglądnęły w te urokliwe rejony :)

DSC_0691

2. Turnus Hawiarskiej Koliby w Beskidzie Niskim rozpoczęliśmy 7-osobową ekipą w czwartkowe popołudnie 6.07. Dotarliśmy do Uścia Gorlickiego, odbyliśmy krótką naradę pod sklepem :) i ruszyliśmy w drogę do bazy w Regietowie. Na miejscu byliśmy ok. 00:30, zastaliśmy  nie-śpiącą jeszcze część ekipy pierwszej, płonące ognisko i pyszną herbatę z miętą.

7.07. odbyliśmy niezwykle wyczerpującą wyprawę, a mianowicie do sklepu w Smerekowcu i z powrotem. Niestety w drodze powrotnej rozpadał się deszcz i planowane ognisko przesunęło się w czasie, ale ostatecznie doszło do skutku. Ogólnie rzecz biorąc był to dzień luzu i nic-nierobienia. Tak na dobry początek ;)

Rano, jeszcze przed deszczem

Rano, jeszcze przed deszczem

8.07. opuściliśmy bazę w Regietowie i udaliśmy się, przez Jaworzynę Konieczniańską, do Radocyny. Trasę pokonywaliśmy w kierunku przeciwnym niż wcześniejsza grupa – na wspomnianym przez nich morderczym podejściu my walczyliśmy o przetrwanie schodząc (a niektórzy zjeżdżając ;) ). Tym bardziej, że wcześniej dopadła nas burza i szlak był mocno błotnisty. Gdy pokonaliśmy karkołomne zejście i nacieszyliśmy się względnym podsuszeniem ubrań, nadeszła kolejna ulewa (doświadczyliśmy na własnej skórze co oznacza ta słynna „radocyńska burza”) nie zostawiając na nas suchej nitki. Mogliśmy za to podziwiać mglisty, mroczny, magiczny krajobraz.

20132605_1430532627027651_469310666_o

20117289_1430532603694320_1742201045_n

Niczym krowy we mgle...

Niczym krowy we mgle…

Ostatnia tego dnia burza nadeszła jak wbiegaliśmy na bazę. Ze względu na duże zatłoczenie nam również Radocyna nie przypadła do gustu. Tym bardziej, że byliśmy jedynymi ludźmi, którzy przyszli tam na piechotę, a nie przyjechali samochodem…

9.07. Ten dzień można w skrócie określić jako ciężki. Z Radocyny mieliśmy bowiem dotrzeć do oddalonej o jakieś 30 km chatki Malucha w Ropiance. Po drodze zaliczyliśmy dłuższy postój pod sklepem w Wyszowadce, który został otwarty specjalnie dla nas.

I tutaj następuje dygresja o NAJWIĘKSZYM PRZEGRYWIE tego wyjazdu w wykonaniu drużyny A&A: Ponieważ Kurczak miał od tego dnia chatkować w Maluchu, spod sklepu zebraliśmy się wcześniej od pozostałych (czyli po jakiejś 1,5 h) i ruszyliśmy asfaltową szosą, łapiąc po drodze stopa. Nieczuli kierowcy mijali nas bezwzględnie (wstydźcie się!), żar lał się z nieba, stopy bolały coraz bardziej. Ostatecznie cały odcinek wzdłuż ulicy przeszliśmy na nogach (były to jakieś 4 km) a na miejscu… czekała na nas reszta, która posiedziała pod sklepem godzinę dłużej i złapała busa. Morał z tej historii wyciągnijcie sami.

Dzielna drużyna A&A

Dzielna drużyna A&A

Następnie szliśmy, szliśmy, szliśmy… szliśmy, szliśmy i szliśmy, na zachód słońca zaszliśmy na Baranie, a potem szliśmy i szliśmy dalej, by około północy doczołgać się w końcu ostatkiem sił do Malucha, gdzie dołączyła do nas Kasia, która złapała stopa prosto do chatki :)

10.07. Po przejściach dnia poprzedniego, wszyscy zgodnie stwierdziliśmy, że wystarczy nam już tych gór. Poszliśmy tylko do Tylawy pożegnać Karinę, Krystiana i Łukasza, a wieczorem, gdy wyszliśmy posiedzieć na polanie, udokumentowane zostało potężne wykonanie „Jelenia”, przy którym gromy zeszły z nieba ;)

11-13.07. Kolejnego dnia rano pożegnaliśmy Kasię, Łukasza i Łukasza (co to, inne imiona na świecie już nie istnieją?!), a sami zostaliśmy w Maluchu, gdzie czas upływał nam mile na nic-nierobieniu oraz wykonywaniu drobnych prac chatkowych. Mieliśmy zostać do środy, ale jakoś tak przeciągnęło nam się do czwartku. Chatkopole działa!

Niestety i ten wyjazd dobiegł już końca, ale mam przeczucie, że Beskid Niski ujrzy jeszcze Hawiarską Kolibę w tym roku ;)

Majówka w Beskidzie Niskim

Tegoroczną majówkę kolibowa ekipa, licząca od 8 w porywach do 11 osób, postanowiła spędzić w naszym pięknym Beskidzie Niskim. Niezniechęceni nie za bardzo optymistycznymi prognozami pogody w sobotę (29.04.) pojechaliśmy do Dukli. Stąd, uprzednio posiliwszy się kebabem oraz napojem z lokalnego browaru, w końcu ruszyliśmy na szlak. Tego dnia zdobyć mieliśmy Cergową, górkę może niezbyt wysoką, ale za to o całkiem sympatycznym podejściu (lub, jak kto woli, „wyrypie”). Atak na szczyt odbył się w stylu dowolnym – niektórzy obrali drogę szlakiem (zdecydowana mniejszość),  reszta udała się alternatywnym skrótem (jak się okazało nieco bardziej męczącym :D ), z wyjątkiem pojedynczego osobnika, który wybrał marsz na przełaj. Szybko jednak z powrotem połączyliśmy siły i razem dotarliśmy do chatki w Zawadce Rymanowskiej, gdzie tego dnia wypadał nam nocleg. Wieczorem pośpiewaliśmy trochę przy dźwiękach gitar i niezapomnianych solówek na kazoo.

Odpoczynek na Cergowej

Odpoczynek na Cergowej

30.04. O świcie (czyli ok. 10:30) rozpoczęliśmy kolejny dzień wędrówki. Z Zawadki Rymanowskiej ruszyliśmy błotnistym szlakiem przez Piotrusia i Ostrą w kierunku Zyndranowej. Przez znaczną część naszej trasy, zarówno tego, jak i kolejnych dni, towarzyszyły nam powiewające na wietrze tasiemki wytyczające przebieg wyścigu rowerowego Dukla Wolf Race, który miał odbyć się tu od 5-7.05 (całe szczęście, że nie wtedy co my). Biorąc pod uwagę panujące warunki pewnie był to raczej marsz z rowerem na plecach :)

Na Piotrusiu

Na Piotrusiu

Nieustraszeni szliśmy dalej

Nieustraszeni szliśmy dalej

W chatce w Zyndranowej nasze szeregi zasiliła Marta, ratując znużonych wędrowców świeżą dostawą życiodajnego płynu. Z radości każdy (bez wyjątku!) zażył prowizorycznej kąpieli, potem granie, śpiewanie i do spania.

01.05. Celem dzisiejszego dnia była chatka Malucha w Ropiance, nasza trasa prowadziła przez szczyt Baranie. Pożegnaliśmy się z Darkiem i Rut, którzy musieli już wracać, i ruszyliśmy. Idąc sobie spokojnie przez las nagle naszym oczom ukazała się potężna, na pierwszy rzut oka wyglądająca na opuszczoną, budowla. Okazała się ona słowacką wojskową wieżą obserwacyjną. Wstęp kosztował 0,50 euro, więc stwierdziliśmy, że się szarpniemy! Było warto – z góry rozciągały się piękne widoki. Tylko o mało co nie zepsuliśmy najstarszej na Słowacji windy z 1974 r…

Wojskowa wieża obserwacyjna wyłaniająca się ze środka niczego

Wojskowa wieża obserwacyjna wyłaniająca się ze środka niczego

Do zdobycia pozostało nam jeszcze Baranie. Na szczycie znajduje się drewniana wieża, z której, przy dobrej widoczności, można zobaczyć Tatry.

Na Baranim

Na Baranim

Ta wieża na pewno wytrzyma...?

Ta wieża na pewno wytrzyma…?

Wytrzymała! Było warto!

Wytrzymała! Było warto!

W szampańskich nastrojach wieczorem dotarliśmy do chatki Malucha, urokliwego miejsca, gdzie Kraków spotyka się z Warszawą. Większość, znużona całodzienną wędrówką szybko poszła spać, ale niektórzy zostali na wspólnym śpiewaniu do późnych godzin nocnych ;)

02.05. Wreszcie nadszedł najbardziej leniwy dzień naszej majówki. Wczesnym rankiem, jak jeszcze spaliśmy, opuścił nas Miłosz, który musiał zdążyć dostopować na ślub (udało mu się, chociaż ledwo :D ), a my, na lekko, udaliśmy się do oddalonego o ok. 1,5 h sklepu w Tylawie. Właśnie tam, kiedy spokojnie siedzieliśmy sobie pod parasolem, przyszedł jedyny większy deszcz podczas tego wyjazdu. Szybko jednak rozpogodziło się na tyle, że wieczorem udało nam się zasiąść przy ognisku z kiełbaskami i gitarami ;)

Przed chatką Malucha

Przed chatką Malucha

03.05. Niestety nadszedł dzień powrotu. Wcześniej jednak musieliśmy przejść ok. 3-4h trasę do Dukli, gdzie czekały na nas auta. Błoto, które towarzyszyło nam w poprzednich dniach, okazało się niczym w porównaniu z dzisiejszymi bagnami. Baliśmy się, że kierowcy nie wpuszczą nas do samochodów. Byli jednak wyrozumiali i, posiliwszy się ostatnim wspólnym kebsem, wróciliśmy do Krakowa.

Pożegnania nadszedł czas...

Pożegnania nadszedł czas…

PS. Dzięki za niezwykle klimatyczny wyjazd w ten urokliwy zakątek Polski ;) !

PS 2. JEEEELEŃ!