Pieczenie i pozostałe wyjazdy otwarte

Barbórka zbliża się wielkimi krokami, a po drodze jeszcze działo się, oj działo.

pieczenie1
Najpierw wypadałoby napisać o ostatnim wyjeździe, czyli Pieczeniu, które w tym roku odbyło się na „Chatce elektryków” w Lasku. W ciągu dnia pogoda nie dopisywała, ale nie przeszkadzało to nikomu, bo tego dnia chodziło tylko o wieczorny konkurs ciast!

pieczeniejałowiec

Na Jałowcu grupa 18 śmiałków miała okazję testować zmodernizowaną wiatę z piecem i ścianami. Pieca nie testowaliśmy, ale samej wiacie wciąż dużo brakuje do szczelności :p

Po Jałowcu część grupy dała radę jeszcze pobłądzić we mgle na Lachów Groniu, ale finalnie udało nam się zejść do Koszarawy, uzupełnić zapasy i wyjść na Chatkę Elektryków. Tam wszystkie pieczące ekipy rzuciły się do kilku dostępnych gniazdek elektrycznych, żeby zacząć ubijać biszkopty i mieć jak najwięcej czasu na dekorowanie ciast :D

pieczeniejędrek2

Tak wyglądało profesjonalne przygotowywanie biszkoptów :p

pieczenie stoliksedziowski

A tak  prezentował się stolik degustacyjny, mieliśmy w tym roku aż 12 partycypantów!


Ale teraz najważniejsze, wyniki!
1 miejsce w tym roku zajęła drużyna „JM”, w składzie Justyna Majewska i Jędrzej Minda!
2 miejsce należało do „lepsza prezesowa, lepszy prezes, zwycięskie ciasto”, w której skład wchodzili Faustyna Majewska i Radek Król!
3 miejsce przypadło za to dla drużyny „ASIA KUZDRO piekąca ciasto” w której była tylko Asia Kuzdro (faktycznie, piekąca ciasto)

pieczenie 1 miejsce

Oto „Kopiec Kruściuszki”- zwycięzca tegorocznego pieczenia. Gratulujemy!

pieczcenie 2 miejsce

Tutaj ciasto „prawie zwycięskie ciasto”, zdobywca drugiego miejsca

pieczenie 3 miejsce

A tutaj Rafaello Asi z Asią i Panem Maciejem „Hawkerem” Majewskim. Najwyraźniej w tym roku tylko Majewscy mogli dostać się na podium :o

Dziękujemy wszystkim uczestnikom i wspaniałemu jury, które było prowadzone przez (równie niezawodnego) Łukasza Mitkę!

pieczenie hymn

Tutaj jeszcze zdjęcie z tradycyjnego hymnu o północy,  podczas którego trzech nowych sympatyków, śpiewało solo pierwszą zwrotkę: Zosia, Agnieszka i Maryla. Witamy w klubie!


II wyjazd otwarty

2 otwarty start

Na drugi wyjazd otwarty pojechaliśmy w Beskid Śląski, gdzie wychodząc z Węgierskiej górki, idąc przez Baranią Górę i Malinowską Skałę doszliśmy do domku w Malinowie, w którym spędziliśmy noc. Na tym wyjeździe mieliśmy wyjątkowo liczną ekipę, z samego pociągu na całą trasę wyszło aż 25 osób!

2otwarty prezes

Po drodze znaleźliśmy świetne skały do boulderingu, w śniegu naprawdę aż miło się powspinać!

Po początkowym podejściu rozdzieliliśmy się na dwie ekipy, gdzie pierwsza niestrudzenie poszła zdobyć szczyt Baraniej góry, a druga postanowiła poczekać i odpocząć w szałasie pod Baranią :3

2 otwarty barania

Pierwsza ekipa, zadowolona po zdobyciu Baraniej

2 otwarty szalas

Druga ekipa, regenerująca siły przy akompaniamencie gitary :>

Gdy spotkaliśmy się po godzinie zastały nas nie byle jakie warunki:

2 otwarty snieg

Pierwszy w tym roku śnieg!

Następnego dnia powitało nas słońce, więc w pięknej pogodzie zrobiliśmy następne kilka godzin trasy, aż najbardziej wytrwała część ekipy postanowiła jeszcze wybrać się na eksplorację Jaskini „Trzy Kopce” pod Klimczokiem.

2 otwarrty jaskinia

Tak wyglądaliśmy wchodząc do jaskinii

2 otwarty po jaskini

A tak po trzech godzinach przeciskania się przez szczeliny głeboko pod ziemią :D


III Wyjazd otwarty
Kierunek jaki wybraliśmy na III Wyjazd Otwarty był nieoczekiwany! Tak, dokładnie! Najpierw wsiedliśmy w pociąg do Katowic, a tam przesiedliśmy się w kolejny, jadący za Żywiec. :P Naszym miejscem docelowym była Chata na Zagroniu.

DSC00014

Pierwszy etap podróży minął, czas zrobić grupowe zdjęcie! Żeby rozwiać wszelkie wątpliwości – w tle Galeria Katowicka :P

Do wyboru były dwie trasy. Pierwsza rozpoczynała się w Milówce i prowadziła m.in. przez dwa Wierchy – Boraczy i Redykalny! Grupa szczęśliwych, którzy zdecydowali się na ten wariant mogła cieszyć się pysznymi jagodziankami, zakupionymi w Schronisku na Hali Boraczej! Oni też jako pierwsi dotarli do Chaty i po trudach wędrówki wzięli się za gotowanie :D

Kasia - Szczęście z pełną tacą olbrzymich jagodzianek!

Kasia – Szczęście z pełną tacą olbrzymich jagodzianek!

Druga trasa, dużo bardziej wymagająca, prowadziła z Rycerki przez Wielką Rycerzową oraz Muńcuł. Tutaj niestety nie było jagodzianek.. :( Była za to pizza, którą spałaszowaliśmy w Ujsołach. Jednak nie wyprzedzajmy faktów. Zanim do tego doszło na trasie dołączyli do nas strudzeni wędrowcy, którzy rozpoczęli wyjazd w piątek. Trasa była dość długa, a wizyta w sklepie i konsumpcja pizzy dodatkowo wydłużyły czas wędrówki. Gdy doszliśmy do celu, było już ciemno, a na niebie błyszczały konstelacje gwiazd.

Koliba łączy ludzi!

Koliba łączy ludzi!

IMG01522-

W chacie graliśmy i śpiewaliśmy, było wesoło, momentami sentymentalnie, toczyły się też rozmowy o sprawach przeróżnych. Ważnym momentem było odśpiewanie hymnu przez Zohę i Mateusza, którzy byli na swoim trzecim wyjeździe z Hawiarską Kolibą! Serdecznie Gratulujemy!

Hymn odśpiewany!

Hymn odśpiewany!


 

Nie zostaje mi nic więcej tylko podziękować za dotychczasowe wyjazdy i do zobaczenia na Barbórce! :D

Islandia 2021

POLOWANIE NA ZORZĘ

SZLAKIEM GORĄCYCH ŹRÓDEŁ

IMG_4847

Rumunia zaostrzyła nasze apetyty na zagraniczne wojaże i postanowiliśmy iść za ciosem. Decyzja o kupnie biletów została podjęta błyskawicznie, wystarczyło tylko spakować bagaż dla 4 osób w jedną walizkę, zaliczyć jeden z najbardziej stresujących testów – test covidowy – i mogliśmy lecieć ku przygodzie. Na lotnisku w Keflaviku wylądowaliśmy wieczorem 18 października, odebraliśmy z wypożyczalni naszą Dacię Duster do zadań specjalnych i ruszyliśmy. W pierwszej kolejności na poszukiwania miejsca na namioty, bo według czasu lokalnego było już późno, a według polskiego – jeszcze później.

IMG_20211019_083946

Początek wyjazdu - jeszcze można zidentyfikować kolor samochodu

Początek wyjazdu – jeszcze można zidentyfikować kolor samochodu

Pierwsze dwa dni spędziliśmy na zwiedzaniu atrakcji w promieniu ok. 100 km od Reykjaviku. Jest to najbardziej cywilizowana i uczęszczana przez turystów część kraju, jednak chcąc zobaczyć np. jedyny aktywny gejzer, Strokkur, trzeba przymknąć oko na obecność autokarów z wycieczkami. My gejzer odwiedziliśmy dwa razy – rano i wieczorem – i zrodziła nam się pewna teoria. Wieczorem zaobserwowaliśmy jedynie mało spektakularne „psyknięcia” obłokami pary, natomiast rano Strokkur zademonstrował nam pełnię swoich możliwości. Jaki z tego wniosek? GEJZERY WYŁĄCZA SIĘ NA NOC! :D

 

Zwiedzaliśmy jak szaleni wodospady, kratery, odwiedziliśmy położony na styku dwóch płyt tektonicznych Park Narodowy Þingvellir, muzeum geotermii i pole geotermalne Nesjavellir.

Wodospad Gulfoss

Wodospad Gulfoss

Krater Kerið

Krater Kerið

Jednak co najważniejsze, odbyliśmy krótki trekking (ok. 3,5 km) malowniczą doliną Reykjadalur, zwieńczony kąpielą w gorącej rzece. Było to doświadczenie tak błogie i przyjemne, że od razu wiedzieliśmy, że nasza dalsza podróż musi przebiegać szlakiem gorących źródeł ;) Na początku trochę przerażała nas wizja konieczności wyjścia z cieplutkiej wody na mroźne powietrze, ale szybko okazało się, że wcale nie jest to takie straszne, a czasem wręcz przyjemne (a umiejetność szybkiego ubierania się w każdych warunkach opanowaliśmy do perfekcji :) ). A propos mroźnego powietrza – pogoda! Chyba niebiosa chciały wynagrodzić nam rumuński Armageddon. Czy było zimno? – Tak. Czy wiało? – Wiało, czasem nawet bardzo mocno. Ale niemal przez cały czas towarzyszyło nam słońce, a w najbardziej deszczowym miesiącu na Islandii, którym jest właśnie październik, padało nam tylko dwa razy. W nocy. Nawet nie mieliśmy okazji wyciągnąć peleryn, a nową sobie kupiłam!

Trekking doliną Reykjadalur

Trekking doliną Reykjadalur

Kąpiel w gorącej rzece

Kąpiel w gorącej rzece

System suszenia ubrań w samochodzie - prawdziwie inżynierska robota!

System suszenia ubrań w samochodzie – prawdziwie inżynierska robota!

Dalej kierowaliśmy się na północ. Objechaliśmy wokół cały półwysep Snæfellsnes, który nazywany jest Islandią w miniaturze ze względu na kumulację wszelkich atrakcji na stosunkowo niewielkim obszarze. Na plaży Ytri Tunga mogliśmy zaobserwować wylegującą się kolonię fok oraz kawałek wieloryba, który planował tu raczej dłuższy postój. Naszą uwagę przykuło również źródło opisane na mapach Google jako „fontanna wody pitnej” Rauðamelsölkelda (ach te islandzkie nazwy). Na miejscu ujrzeliśmy intensywnie bulgoczącą mofetę, z której można było napić się gazowanej wody mineralnej prosto z ziemi ;) Oczywiście wodospadom, kraterom, kanionom, bazaltowym klifom, latarniom morskim i uroczym wioskom rybackim nie było końca, wiec nie będę Was zamęczać wszystkimi skomplikowanymi nazwami własnymi, które można przeczytać w każdym przewodniku. Dodam jeszcze, że podczas podróży przez Islandię cały czas towarzyszył nam widok pasących się owiec i koni. I tu mała ciekawostka dla koniarzy – konie islandzkie posiadają umiejętność poruszania się dwoma dodatkowymi chodami, töltem i inochodem, które nie występują u innych ras.

W drodze pod wodospad Bjarnafoss

W drodze pod wodospad Bjarnafoss

Urocza wioska rybacka Stykkishólmur z kolorowymi domkami

Urocza wioska rybacka Stykkishólmur z kolorowymi domkami

Zachód słońca z latarnią Öndverðarnes...

Zachód słońca z latarnią Öndverðarnes…

...i wschód księżyca tego samego wieczoru po objechaniu półwyspu

…i wschód księżyca tego samego wieczoru po objechaniu półwyspu

Bardzo kudłate owce, z których wełny robi się bardzo piękne i bardzo drogie islandzkie swetry ;)

Bardzo kudłate owce, z których wełny robi się bardzo piękne i bardzo drogie islandzkie swetry ;)

Bardzo przyjazne islandzkie koniki

Bardzo przyjazne islandzkie koniki

Teraz najważniejsze – to właśnie tutaj upolowaliśmy upolowała nas zorza polarna! Jasno świecący księżyc w pełni utrudniał obserwacje nocnego nieba i nic nie zapowiadało sukcesu. Jak codzień zjedliśmy kolację w namiocie Łukasza i Kasi, a ze względu na wyjątkowo mroźny wieczór odpuściliśmy wieczorną rozgrywkę w makao (na szczęście!), bo każdy chciał szybko znaleźć się w ciepłym śpiworze. Kamila zniknęła już w namiocie, ja poszłam jeszcze po rzeczy do auta i nagle dociera do mnie krzyk Kasi: „ZORZA ZA TOBĄ!”. W tamtym momencie było to dla mnie wyznanie tak abstrakcyjne, że zamarłam bez ruchu powoli analizując co przed chwila usłyszałam. Kolejne słowa „NO ODWRÓĆ SIĘ!!!” przywróciły mnie do rzeczywistości i zmotywowały do wykonania tego karkołomnego manewru. Ku wielkiemu zdumieniu odkryłam, że niewątpliwie jest za mną zorza. Na całe szczęście idealnie rozbiłyśmy z Kamilą namiot i mogłyśmy tego mroźnego wieczoru prowadzić obserwacje prosto ze śpiworka :)

IMG_4796
IMG_4800Półwysep Snæfellsnes pożegnaliśmy kąpielą w gorącym źródle Guðrúnarlaug i ruszyliśmy na Fiordy Zachodnie, które powitały nas… kąpielą w gorącym źródle Drangsnes. Przekonaliśmy się, że gorące źródła dzielą się na takie, które dostarczają doznań podobnych do kąpieli w wannie na świeżym powietrzu oraz takie, które przyrównałabym raczej do sauny. Nie da się w nich wysiedzieć przez dłuższy czas i są tak rozgrzewające, że przerwy na ochładzający spacer po zimnym powietrzu są jak zbawienie. Podczas kąpieli w Krossneslaug próbowaliśmy nawet przetestować chłodzenie w oceanie :)

Źródło Drangsnes

Źródło Drangsnes

Krossneslaug...

Krossneslaug…

...i desperacka próba ochłodzenia w oceanie :D

…i desperacka próba ochłodzenia w oceanie :D

Fiordy Zachodnie są najbardziej dzikim zakątkiem kraju, nie ma tutaj tak rozbudowanej infrastruktury jak na południu, a widok innego samochodu po kilku godzinach jazdy pustą drogą wzbudza niemałą sensację. Ogromne wrażenie zrobiły na mnie klify Látrabjarg, które latem są miejscem gniazdowania maskonurów. Teraz oczywiście ptaków nie było, ale spacer „o wschodzie słońca” (ok. 10) zielonym urwiskiem był przepiękny i warty każdego kilometra jazdy totalnie dziurawą drogą.

IMG_20211024_102638

Kiedy pojechaliśmy odwiedzić czerwoną plażę Rauðisandur, spotkało nas niemałe zaskoczenie, bo… plaży nie było. Okazało się, że akurat trafiliśmy na apogeum przypływu. Pozwoliło to jednak na zrobienie ciekawych zdjęć ;)

A jaka jest twoja supermoc?

A jaka jest twoja supermoc?

Dynjandi na Fiordach Zachodnich został jednym z moich ulubionych wodospadów

Dynjandi na Fiordach Zachodnich został jednym z moich ulubionych wodospadów

Fiordy Zachodnie są piękne w całej swojej okazałości. Można przemierzać tę magiczną krainę, podziwiać cudowne widoki zmieniające się za oknem samochodu i wypatrywać miejsc, w których chciałby się zatrzymać na chwilę dłużej. Tam, gdzie „nic nie ma”, jest na przykład tak:

IMG_20211023_151032

IMG_20211023_131250
IMG_20211023_123602
Niestety nieubłaganie zbliżał się koniec naszego pobytu w krainie lodu i ognia. Fiordy Zachodnie pożegnaliśmy – a jakże by inaczej – kąpielą w gorącym źródle Reykjafjardarlaug, zamykając tym samym nasz bilans na 7 źródłach. Jeśli uważnie liczyliście, to pewnie zauważyliście, że brakuje jeszcze dwóch. Nie wspomniałam o Hellulaug, z którego nie mamy zdjęć, bo kąpaliśmy się już po ciemku, i o błotnistym ciepłym bajorku nieopodal cmentarza, którego nazwy nie pamiętam. Zajęło ono ostatnie miejsce w naszym rankingu, ale jak widzicie, nasza determinacja sięgała naprawdę daleko :)

Na koniec zostawiliśmy sobie Reykjavik. Miałyśmy z dziewczynami jasno sprecyzowany cel – zakup wspaniałych islandzkich swetrów. Niestety zakończył się on niepowodzeniem, gdyż żaden dostatecznie nie usatysfakcjonował nas pod względem wizualno-cenowym. Jak nic trzeba będzie wrócić spróbować jeszcze raz. Ale to może w lecie, żeby maskonury zobaczyć. Sam Reykjavik natomiast trochę nas rozczarował, gdyż zbyt wiele do zwiedzania tam nie ma, pozbawiony jest również uroku mijanych wcześniej rybackich miasteczek. Mieliśmy za to okazję spożyć hot dogi w budce rozsławionej dzięki temu, że sam Bill Clinton w niej spożywał.

IMG_20211025_143508

Każdy może poczuć się celebrytą

Kalkulacje wykazały, że większość z nas zjadła ponad 2 kg skyru na głowę

Kalkulacje wykazały, że większość z nas zjadła ponad 2 kg skyru na głowę

ISLANDIA W PRAKTYCE

Pieniądze: Walutą jest korona islandzka (ISK), a 1 ISK to ok. 3 grosze. Warto mieć ze sobą jakieś euro lub dolary na czarną godzinę, ale raczej wszędzie jest możliwość płatności kartą.

Transport: Najbardziej optymalne wydaje się wypożyczenie samochodu. Nasza Dacia 4×4 kosztowała nas ok. 1300 zł za cały tydzień razem z ubezpieczeniem. Do tego dochodzą koszty paliwa (ok. 8 zł/l). Bardzo ważne jest aby posiadać kartę płatniczą, gdyż większość stacji benzynowych jest samoobsługowa i jest to jedyna możliwa forma płatności.

Jedzenie: Całe zakupy spożywcze robiliśmy na miejscu. Najtaniej można zaopatrzyć się w sklepie Bonus, gdzie w kasach samoobsługowych jest nawet opcja wyboru języka polskiego :D Bochenek chleba kosztuje ok. 10 zł, makaron czy sos pomidorowy da się kupić w cenach porównywalnych jak w Polsce, Skyr 500g to koszt ok. 12 zł. Bardzo wysokie są ceny mięsa – możemy pochwalić się, że przez tydzień byliśmy wegetarianami ;) Jeśli chodzi o wodę – Islandia posiada pitną kraniczankę.

Zorza: Korzystaliśmy z prognozy aktywności zorzy polarnej na stronie internetowej https://en.vedur.is/weather/forecasts/aurora/, która pokazuje również prognozę zachmurzenia. Jednak przy bezchmurnej pogodzie warto spoglądać w niebo nawet przy niskim stopniu aktywności zorzy, gdyż jak widać również wtedy jest szansa zaobserwowania tego niezwykłego zjawiska.

Środowisko naturalne: Od razu rzuca się w oczy, że Islandia jest krajem bardzo czystym, a Islandczycy dbają o swoje środowisko naturalne. Zdecydowanie powinniśmy brać z nich przykład. Nie uświadczy się tu porozrzucanych śmieci, a śmietniki można niekiedy spotkać nawet pośrodku niczego. Nie powinno być również problemu ze znalezieniem bezpłatnych toalet. Planując wyjazd z namiotem warto zapoznać się z miejscowymi zasadami dotyczącymi biwakowania.

Tym optymistycznym akcentem kończę niniejszą relację. Do zobaczenia na szlaku!

Machającą foczka na do widzenia :)

Machająca foczka na do widzenia :)

 

 

Początek nowego roku akademickiego

FotoŻar

Razem z nowym rokiem akademickim, przyszedł czas na cykliczne wyjazdy i szukanie miłośników gór wśród nowych studentów AGH.
Najpierw dzięki nowym rozporządzeniom rektora udało nam się otworzyć salkę, więc powróciliśmy do regularnych czwartkowych spotkań. Dzięki nim wiele osób zainteresowało się klubem, a niektóre z nich, już były z nami na swoim pierwszym wyjeździe! :D

Salka klubowa znowu tętni życiem!

Salka klubowa znowu tętni życiem!

Jak co roku pierwszym wyjazdem był wypad do Gorczańskiej Chaty na „Banię u GoChy”, czyli podsumowanie wakacyjnych wyjazdów w formie prezentacji. W tym roku, dzięki inwestycjom podjętym w chatce, mieliśmy okazję oglądać prezentacje na rzutniku w namiocie rozstawionym obok chaty.

IMG_20211002_215929 (1)

Wreszcie mieliśmy sprzęt na który zasługują zdjęcia Radka :D

W tym roku obejrzeliśmy 3 prezentacje:
Najpierw sam powspominałem świeżo zakończony wyjazd do Rumunii (patrz poprzedni wpis na stronie). Potem Radek poprowadził prezentację o wyprawie rowerowej na Bałkany. Na koniec oglądaliśmy prezentacje Justyny i Jędrka o sierpniowym przejściu dookoła Kotliny Kłodzkiej.

Dodatkowo przedłużyliśmy ten wyjazd o kolejną noc, podczas której spaliśmy w zamkniętej już bazie namiotowej na Lubaniu. Wieczorem cieszyliśmy się ogniskiem, a wschód witaliśmy na tamtejszej wieży widokowej, z której widok na Tatry skąpane w porannych promieniach słońca był nieziemski.

Ognisko pod milionem gwiazd.

Ognisko pod milionem gwiazd.

Z widokiem na Tatry o wschodzie słońca.

Z widokiem na Tatry o wschodzie słońca.


 

Następnym wydarzeniem był pierwszy wyjazd otwarty, kierunek: Chatka pod Potrójną! Już na nim pojawiło się sporo nowych osób chętnych zasilić szeregi klubu. Trasy były dwie, pierwsza ekipa pojechała do Wadowic, aby dzień rozpocząć od tradycyjnej kremówki.

Bo przecież nie ma lepszego sposobu na rozpoczęcie dnia!

Bo przecież nie ma lepszego sposobu na rozpoczęcie dnia!

Druga ekipa natomiast, zaczęła swoją wycieczkę w Zembrzycach. Ta trasa była pełna pięknych widoków i zaskakujących niespodzianek takich jak… kanapa pozostawiona pośrodku polany.

Naprawdę nie potrzeba wiele do szczęścia :D

Naprawdę nie potrzeba wiele do szczęścia! :D

A wieczorem, jak zawsze było ognisko i wiele gitar :D

A wieczorem, jak zawsze było ognisko i wiele gitar.

A już w ten weekend II wyjazd otwarty na którego wszystkich serdecznie zapraszamy!

IOtwarty Leskowiec

Wrześniowe Karpaty Rumuńskie

IMG08822-Stabilizacja w postępie pandemii w tegoroczne wakacje pozwoliła nam myśleć nad wyjazdem w zagraniczne góry.  Po zakończonym sierpniowym wypadzie do Kotliny Kłodzkiej, każdy coraz bardziej czekał na trekking w wyższych i bardziej dzikich górach Rumunii.

Plan z pozoru był bardzo prosty: przejść całą główną grań Fogaraszy, najwyższych gór w Rumunii i drugich najwyższych w całych Karpatach, zaraz po Tatrach . Zapowiadało się co najmniej siedem dni w górach powyżej granicy lasu, bez sklepów, bez schronisk, z plecakami pełnymi jedzenia.

Planowy przebieg trasy. Warto zwrócić uwagę na szczyt Negoiu, jego obecność stała się dość kluczowa w niezrealizowaniu tego planu.

Planowy przebieg trasy z zachodu na wschód. Warto zwrócić uwagę na szczyt Negoiu, jego obecność stała się dość kluczowa w niezrealizowaniu tego planu.

Taaak… taki był plan, co we wrześniu w wysokich górach może być trudne w realizacji, o czym więcej w poniższej relacji.


 

Mała wiatka naprtzeciwko monastyru w miejscu startu.

Mała wiatka naprzeciwko monastyru w miejscu startu.

Trekking zaczęliśmy w licznym składzie 17 osób pod monastyrem w Turnu Roșu, dokąd dojechaliśmy z Polski czterema samochodami. Pierwszy dzień minął pod znakiem mozolnego zdobywania wysokości na główny grzbiet i oswajania się z ciężarem plecaków. Jak ciężkich? Trudno stwierdzić, gdyż podwieszana waga urwała się pod ciężarem jednego z nich. :-P

Chwilę po wyjściu z lasu na hale.

Chwilę po wyjściu z lasu na hale.

Namioty rozbiliśmy już na połoninnym terenie powyżej granicy lasu, na przełęczy Chica Lacului, nieco poniżej 1600m n.p.m. w otoczeniu pięknych widoków na okoliczne pasma. W ten sposób zakończył się jedyny naprawdę ciepły i słoneczny dzień.

Miejsce pierwszego obozowiska.

Miejsce pierwszego obozowiska.

Następny poranek powitał nas już pochmurną pogodą. Choć widoki na oświetlone w dole równiny, poprawiały przynajmniej w części nastroje, tak wraz z mijaniem kolejnych, coraz wyższych szczytów, zbliżaliśmy się do podstawy chmur kłębiących się stałe, na najwyższych graniach.

IMG08168-

W drodze do chmur.

Na granicy chmur

Na granicy chmur.

Do pewnego czasu zapewniało to dynamiczne i ciągle odkrywające się widoki na okoliczne szczyty i stawy w kotłach owiewanych chmurami. Ostatecznie jednak podejście na najwyższy szczyt tego dnia – Varful Scara (2306m n.p.m.) odbywało się w zerowej widoczności, ze wzmagającym się coraz bardziej wiatrem.

Pan Prezes w skałach.

Pan Prezes w skałach.

Tego dnia następowała także stopniowa zmiana krajobrazu. Zaczynając od porannej pobudki na połoninach, a kończąc na szczytach przypominających rodzime Tatry Zachodnie, pokroju Starorobociańskiego czy nawet Rohaczy. Nocleg spędziliśmy w dość ciasnym schronie, nazwanych przez część z nas małą apteczką, z racji swojego wyglądu. Konieczne okazało się rozłożenie dwóch namiotów w celu przechowania na zewnątrz refugiula plecaków i… kilku klubowiczów. ;-)2021-10-06 16-50-02

Wieczór, poza graniem i śpiewaniem na gitarze, spędziliśmy na dyskusjach na temat dalszych planów – niestety prognoza pogody z godziny na godzinę przewidywała gorsze warunki – opady deszczu przechodzące w śnieg. Jednocześnie nieubłaganie zbliżaliśmy się do coraz bardziej wymagających technicznie fragmentów obejmujących grań Custura Saratii i masyw Negoiu.

"Apteczka" o wschodzie.

„Apteczka” o wschodzie.

Kolejny poranek dawał iskierkę nadziei na niespełnienie się najgorszych prognoz. Powitał nas zboczami oświetlonymi promieniami słońca. Niestety niedługo potem wędrówka przerywana była cyklicznym ściąganiem i zakładaniem kurtek z racji opadów deszczu, co doprowadziło do decyzji o trawersie śliskiego fragmentu grani Custura Saratii i noclegu w kotle poniżej.P1130414-

Wcześniejsze, przymusowe rozbicie namiotów sprzyjało takim pomysłom jak kąpiel
w potoku w trakcie deszczu przy temperaturze bliskiej zeru stopni, a następnie wspólnym śpiewograniu w czterosobowym namiocie mieszczącym w rzeczywistości całą grupę – 17 osób! :-D

Nocleg w kotle pod Custura

Nocleg w kotle pod Custura Saratii.

Najgorsza część wieczoru/nocy zaczęła się dopiero później, gdy każdy powrócił do swojego namiotu. Wzmagający się wiatr wystawił na próbę każdy z nich. Wraz
z każdym kolejnym podmuchem przyginał je coraz mocniej do ziemi oraz wyrywał odciągi. Jeden namiot ucierpiał bardziej, ponieważ rano okazało się, że maszty są powyginane. Padający deszcz zamieniał się w marznący lód i szron, które oblepiały wszystko dookoła.

Namioty po nocy. Pozornie ładna pogoda jest w dolinach. na grani  chmury, które za chwilę zaleją nasz kocioł.

IMG_20210921_063753

Nad ranem, po wspólnych obradach, zdecydowaliśmy o zakopaniu zamarzniętych ciał złożeniu zamarzniętych namiotów i odwrocie w doliny – na południe od głównego pasma. W związku z tym, jak bardzo oddalone są miejscowości na końcu dolin (ok 40km doliny!), konieczne było przebicie się przez niższe pasmo Muntele Podeanu, aby kolejnego dnia powrócić autostopem przez Transfogaraszę do własnych aut.

Inkedmapy_LI

Niebiskim kolorem oznaczono niebieską trasę zejścia, a następnie przerywaną linią przejechaną trasę Transfogarską.

Jak to często bywa w wyższych górach, chmury tego dnia kumulowały się jedynie na najwyższych szczytach, zapewniając w niższych partiach gór, które przemierzaliśmy, słoneczną pogodę.

Źle w tym słońcu.

Tam spaliśmy, a tu w słońcu idziemy. :-D

Po wieczorze i noclegu w dużym i zadbanym szałasie pasterskim z otwartym paleniskiem, w końcu pierwszy raz na tym wyjeździe dotrwaliśmy do 12 w nocy i zaśpiewaliśmy hymn klubowy.

Szałas na *****

Szałas na 5 gwiazdek.

Następnego ranka przyszedł czas na niełatwe zadanie przerzucenia 17 osób za pomocą autostopa przez słynną górską drogę Transfogarską. Ilość przygód każdej z ekip nie sposób tu przytoczyć. Jednak co najważniejsze, każdemu udało się przejechać w ten sposób Fogarasze z południa na północ, nierzadko robiąc sobie postoje w pięknych miejscach po drodze.

Stopowanie na Transfogaraszy.

Stopowanie na Transfogaraszy.

Od tego momentu podzieliliśmy się na dwie grupy, połowa pojechała w góry Parâng, gdzie zapowiadana była lepsza pogoda, a druga połowa pojechała zwiedzać Bukareszt i inne atrakcje Rumunii, takie jak słynny zamek Drakuli w Bran.

Zamek w Bran

Zamek w Bran.


Góry Parâng są drugim najwyższym pasmem w Rumunii położonym na zachód Fogaraszy. Jednak dla nas najistotniejszym był fakt, że zapowiadana tam pogoda była  lepsza niż w Fogaraszach i innych sąsiednich górach, a rzeźba terenu jest z ogółu pozbawiona skalistych turni i trudności technicznych.

Trasa w Górach Parang kolor czerwony) i lokalizacja w odniesieniu do Fogaraszy niebieska strzałka).

Trasa w Górach Parang (kolor czerwony) i lokalizacja w odniesieniu do Fogaraszy (niebieska strzałka).

Po przejechaniu wieczorem pod Góry Parâng, noc spędziliśmy nad zalewem Vidra, gdzie rano przywitało nas słońce… na 5 sekund. Więcej tego dnia nie było nam dane go zobaczyć. :-/

Pięć sekund słońca o poranku.

Pięć sekund słońca o poranku.

Wędrówkę zaczęliśmy szlakiem oznaczonym kolorem niebieskim na mapie. Jednak w rzeczywistości jedyne co było tam niebieskie to tylko płynący potok. Nie znaleźliśmy ani jednego oznaczenia szlaku, ani jakiejkolwiek ścieżki. Po dwugodzinnym przebijaniu się przez las wreszcie dotarliśmy do początku połonin, lecz zaraz za granicą drzew napotkaliśmy śnieg i kłębiące się chmury.
Cóż, na tym wyjeździe najwyraźniej nic nie mogło być idealne.IMG00214-

Po przecięciu najwyżej poprowadzonej drogi w Rumunii – Transalpiny, sięgającej powyżej 2100m n.p.m., wkroczyliśmy w świat wiecznego wiatru, śniegu i zerowej widoczności. I tak ponad 2 godziny. Na nocleg zeszlliśmy z grani, do zakrytego od wiatru stawu Gâlcescu.

Tyyyle widać!

Tyyyle widać!

Nocleg nad Lacul Galcescu

Nocleg nad Lacul Galcescu

Mając na uwadze fakt, iż rozbiliśmy się w piętrze kosówek, a Rumunia to największe skupisko niedźwiedzi w Europie, torby z jedzeniem, które mogło wydawać zapach, poukrywaliśmy pod głazami w oddaleniu od namiotów. Jakie było zaskoczenie, gdy rano znaleźliśmy jedynie resztki toreb. Co to było? Raczej nie niedźwiedź, a jedynie lis, którego widzieliśmy wieczorem. Głupi błąd pozbawił nas sporej ilości jedzenia.
Jak się okazało w ciągu kolejnego dnia, nie było to, aż tak istotne, a opisywany nocleg okazał się ostatnim w górach.IMG00344OSTATECZ

Obudziliśmy się w promieniach słońca. I to prawdziwego! Przyświecało nam ono  kilka godzin, a nie sekund. Śnieg z poprzedniego dnia topniał w oczach, zapowiadał się naprawdę udany dzień. Wszystko było dobrze do momentu powrotu na grań. Wiatr na górze na początku wiał „jedynie” mocno. Wystarczyło się ubrać, co jakiś czas mocniej podeprzeć kijkiem, żeby złapać równowagę i nie było problemu, aż do czasu, gdy grań stała się całkowicie odkryta. Co chwilę któryś podmuch dosłownie zwalał z nóg i utrudniał wzięcie oddechu, nie mówiąc o robieniu kroków w przód.IMG00434-2021-10-06 16-42-24

Konieczne okazały się trawersy szczytów od zawietrznej strony. Jednak przekraczanie piarżysk, gdy szarpie tobą wiatr nadal było wyzwaniem. Z czasem nad granią pojawiły się chmury. Po dojściu do rozejścia szlaków zrezygnowaliśmy z dalszej wędrówki, tuż przed podejściem na najwyższy szczyt pasma – Parângul Mare (2518m n.p.m.). Najwidoczniej takie już fatum tego wyjazdu.

IMG00502-

Uroczy schron Agățat.

Długie i żmudne zejście po licznych rumowiskach skalnych urozmaicały pasące się we mgle konie oraz uroczy schron Agățat, zbudowany na wielkim bloku skalnym pośrodku lasu. Pod wieczór dotarliśmy z powrotem do samochodów nad zalewem Vidru.

Ostatni dzień spędziliśmy głównie w samochodach, po obraniu kierunku na Kraków odwiedziliśmy jeszcze niezwykły rezerwat Râpa Roșie w okolicach miasta Sebeș, a następnie Cluj-Napocę.

IMG00544-Pano-

Rezerwat Râpa Roșie.


Pomimo, że plan na  wyjazd znacząco odbiegał od tego, co udało się zrealizować, nie sposób nazwać go nieudanym. Ogrom pozytywnych wspomnień, niepowtarzalnych doświadczeń i odkrytych zakątków Karpat, pozostawia go jednym z najlepszych wyjazdów.

A teraz czas wrócić myślami do naszych Beskidów i czekać na Kolibowe Wyjazdy Otwarte, na które wszystkich zapraszamy!
Tylko czasem, z któregoś szczytu popatrzymy na południe, dalej niż Tatry i obie Fatry, myślami wracając w rejony, gdzie Karpaty kończą się w Rumunii. Albo zaczynają. Jak kto woli. ;-PIMG08986-

Z życia klubu, część 1

Mija już kolejne lato i dalej nie ma oficjalnych wyjazdów, ale życie klubowe ma się bardzo dobrze! W tym roku pierwszym wyjazdem były tradycyjnie Zjazdy na bele czym, które odbyły się przy schronisku „Głodówka”. Zgromadziła się całkiem liczna grupa miłośników zabaw w śniegu. Tegoroczne zjazdy nie były tylko zabawą, pojawił się też walor edukacyjny – udało nam się uczestniczyć w krótkim szkoleniu zapoznającym z działaniem sprzętu lawinowego.

Śnieżna walka samców alfa

Śnieżna walka samców alfa.

Klasyczny kolibowy pociąg.

Klasyczny kolibowy pociąg.

Widok na nasz tor zjazdowy i Tatry

Widok na nasz tor zjazdowy i Tatry

A tak wyglądała kolibowa ekipa <3

A tak wyglądała kolibowa ekipa

Powitanie wiosny nas nie zawiodło! Pogoda była prawdziwie… zimowa i musieliśmy przedzierać się przez śniegi i mrozy, aby powitać nową porę roku. Pierwszego dnia sześciu śmiałków wyruszyło nocą, żeby spędzić ją w namiotach pod Magurą w Beskidzie Żywieckim. Kolejnego dnia powędrowali do schroniska Na Rysiance, żeby tam spotkać się z sobotnią ekipą i wspólnie wyruszyć do chatki na Suchej Górze, gdzie przy dźwiękach gitary witaliśmy wiosnę!

Śmiałkowie wygrzewający się pierwszej nocy przy ognisku.

Śmiałkowie wygrzewający się pierwszej nocy przy ognisku.

Radość i satysfakcja po długim brnięciu przez zaspy. A to wszystko dla nieziemskich widoków, których niestety na Romance nie było...

Radość i satysfakcja po długim brnięciu przez zaspy. A to wszystko dla nieziemskich widoków, których niestety na Romance nie było…

Szczęśliwi wędrownicy.

Szczęśliwi wędrownicy.

Jako, że cały rok 2021 był dziwny to majówka też była niestandardowa… gdyż nie w górach. Dla odmiany ekipa kolibowa postanowiła spędzić długi weekend na spływie kajakowym Liswartą i Wartą. Pogoda niestety nie dopisała, ciepłe majowe słońce wcale nie chciało umilać wyjazdu i ciągle kryło się za chmurami. Liczne bystrza i progi wodne nie pozwalały nam się nudzić i co chwilę zmuszały do wysiadania oraz przenoszenia kajaków. Nie obyło się bez strat w postaci połamanych wioseł, dziurawego kajaka i ludzi wpadających do wody… Mimo wszystko wszyscy świetnie się bawiliśmy i chyba jeszcze bardziej niż zwykle docenialiśmy wieczorne ogniska.

Przedstawienie desperackiej próby podniesienia kajaka poprzez machanie wiosłem w powietrzu, oraz bolesna realizacja zimnej wody wlewającej się do środka :P

Przedstawienie desperackiej próby podniesienia kajaka poprzez machanie wiosłem w powietrzu, oraz bolesna realizacja zimnej wody wlewającej się do środka :P

Kolibowe obozowisko z lotu drona.

Kolibowe obozowisko z lotu drona.

Nie zabrakło też formacji kajakowych mających na celu urozmaicenie spływu :D

Nie zabrakło też formacji kajakowych mających na celu urozmaicenie spływu :D

A tu przymusowy przystanek na przepchanie kajaka-składaka, który niestety nie wytrwał do końca spływu [*].

Kolejnym wyjazdem był wypad w Pieniny. Mimo, że pogoda nie rozpieszczała udało nam się całkiem sporo przejść, podziwiać Tatry i miło spędzić wieczór przy ogniskowym śpiewaniu.

Już tradycyjne zdjęcie na ławeczce w okolicach Eliaszówki.

Już tradycyjne zdjęcie na ławeczce w okolicach Eliaszówki.

Widok na Tatry.

Widok na Tatry.

O gitarę też trzeba czasem zadbać!

O gitarę też trzeba czasem zadbać!

 

Długi weekend czerwcowy postanowiliśmy spędzić w rzadko odwiedzanych przez nas Bieszczadach. Wyjazd rozpoczął się już w środę. W drodze do Ustrzyk zatrzymaliśmy się w domu rodzinnym jednej z uczestniczek. Tam zostaliśmy poczęstowani pełnym obiadem i miską rogalików. Lepszego początku wyjazdu nie mogliśmy sobie wymarzyć! Pełni sił i entuzjazmu przez następne trzy dni pokonywaliśmy szlaki i zdobywaliśmy szczyty: Tarnicę, Połoninę Wetlińską, Caryńską… A wieczory spędzaliśmy w pobliskiej karczmie na koncertach Pawła Orkisza, Aldarona i Małej Caryny. 

Wspólne zdjęcie na Tarnicy.

Wspólne zdjęcie na Tarnicy.

Zdjęcie z Pawłem Orkiszem zaraz po wspólnym zaśpiewaniu jego piosenki pt. “Znajomy smak księżycówy”.

Zdjęcie z Pawłem Orkiszem zaraz po wspólnym zaśpiewaniu jego piosenki pt. “Znajomy smak księżycówy”.

Już wkrótce pojawi się relacja z Półmetka i wyjazdu wakacyjnego. Do zobaczenia!