Majówka na Ukrainie

W ostatnim czasie Koliba w dość licznym, bo 15-osobowym składzie, gościła na Ukrainie. Celem wyjazdu majówkowego były kolejno: Połonina Borżawa, Krasna oraz pasmo Świdowca. Wszak wyjazdy na Ukrainę okraszone mogą być nutką sentymentalizmu ze względu na wspomnienie rozmiaru dawnych granic państwa Polskiego, tak wspomniane pasma całkowicie w jego granicach nigdy się nie znalazły. Po kolei.

Od kolei właśnie się zaczęło. Piątkowym popołudniem grupa kolibowiczów wyruszyła w kierunku Przemyśla, by po przejściu granicy na piechotę dotrzeć do Lwowa busem i przenocować w jednym z nieodległych dworcowi kolejowemu hosteli. Długo trwała debata na temat miejsca rozpoczęcia wędrówki, gdyż nie wszystkim uczestnikom udało się dotrzeć do Lwowa na czas. Ostatecznie stanęło na dojeździe nie do Wołowca, a do miejsca położonego na kolejowej magistrali do Mukaczewa kilka stacji dalej i oznaczonego jako „станція 1662 км”. Podróż trwała tylko 5 godzin – niecałe 200 km. Dzięki temu, już po zanotowaniu pierwszego biwaku w warunkach połonińskich, mogliśmy kolejnego dnia pozwolić sobie na zdobycie najwyższego szczytu Połoniny Borżawy, którym jest Stij/Stoj (1677 lub 1681 m npm – tak, Ukraińcy lubią podawać różne wartości wysokości).

DSC_0045

Pozostałości po radzieckiej stacji radarowej na szczycie Stija.

DSC_0046

Stij w koronie Beskidów. Nowohucki Oddział PTTK pozdrawia.

DSC_0049

Tłumy Kolibantów.

W tym wariancie ścigający nas Darek oczekiwał na Gimbie, poważanym w środowisku „morskookich” turystów oraz paralotniarzy szczycie (dostęp dzięki wyciągowi). Po znacznej poprawie pogody popołudniem i skutkującymi tym faktem pierwszymi oparzeniami, już w krajobrazie bardziej bieszczadzkim niż babiogróskim, udało się dotrzeć do Przełęczy Przysłop. Ok. 22 km trasy z ciężkim plecakiem (niektórzy mieli zapasy na długie 9 dni!) i sumą podejść równej ok. 1200 m mogło dać się we znaki. Kolejnego dnia na wejście na Połoninę Kuk zdecydowało się tylko 20% uczestników wyprawy – reszta spokojnym krokiem schodziła w kierunku Mizhirii, by jeszcze po drodze móc nieco odświeżyć się w pierwszym ze sklepów oraz złapać stopa na 12 osób. Po znalezieniu kwatery w centrum miasteczka nadszedł czas rzewnych pożegnań.

DSC_0235

Sielankowe zejście do Mizhirii. Widok na wyższą część Borżawy, dominuje Żyd-Magura.

DSC_0266

Autostop na 24 stopy.

Rankiem 6 osób udało się w drogę powrotną do Lwowa i dalej do Polski. Brawurowa dziewiątka musiała podzielić się i łapać taksówkę do Kołoczawy, by z powodzeniem móc zrealizować plan dnia – wdrapać się na najwyższe wzniesienie Połoniny Krasnej, którym jest Syhłański (1564 m npm). Z przyczyn zdrowotnych, w połączeniu z problemami komunikacyjnymi jak i zanotowaniem ubytku w bagażu jednego z uczestników drugiej grupy, nie udało się wspólnie wykonać wspomnianego w poprzednim zdaniu zadania. Pierwsza zanocowała na połoninie, a pozostali zdobyli najwyższy szczyt na lekko, by na nocleg zejść w doliny.

DSC_0296

Pakowanie się na taksówkę w ten sposób może zaskutkować stratami bagażu.

DSC_0362

W drodze na Syhłański. W tle Gorgany – Strimba.

DSC_0378

Takie tam pozostałości planów przeciągnięcia gazociągu przez grzbiet.

DSC_0399

Piękno Połoniny Krasnej.

DSC_0405

 

Dopiero kolejnego dnia, wieczorem, doszło do spotkania kolibowych wędrowców – już w Ust Czornej. W międzyczasie w kierunku Lwowa ewakuowali się Ania z Mateuszem. Przed pozostałą siódemką została już ostatnia, choć w sumie najbardziej wymagająca fizycznie część wyjazdu – najdłuższe w Europie pasmo połonińskie, a więc Świdowiec z najwyższą Bliźnicą (1881 m npm). Wędrówka trwała 3 dni – z czego 2.5 dnia, nieprzerwanie, połoniną. Dopiero ostatnie dwa dni wiązały się z opadami deszczu – typowe konwekcyjne, popołudniowe górskie burze. Nad Niziną Węgierską czy Podkarpaciem nieustannie widniało błękitne niebo bez jednej choćby chmurki. Dziwnie to zabrzmi, ale mimo wszystko w całym tym trwającym niemal 9 dni skwarze opady były może nie oczekiwane, ale jak najbardziej mile widziane – niektórym skóra zdążyła zejść w co bardziej podatnych miejscach po dwakroć.

DSC_0486

Tuż po wyjściu z lasu w drodze z Ust-Czornej na Tempę.

DSC_0522

Na horyzoncie miejsce pierwszego noclegu na Świdowcu.

DSC_0538DSC_0556

DSC_0614

Od głównego grzbietu Świdowca odchodzą południkowo liczne płaje (zalesione). Na horyzoncie pogranicze rumuńsko-ukraińskie – Marmarosze (w części ukraińskiej zwane Górami Rachowskimi).

DSC_0626

DSC_0733

Zmiana pogody.

DSC_0752

DSC_0791

Wielka Bliźnica, 1881 m npm. „A po burzy spokój”.

DSC_0830

Bliźnica. W tle Czarnohora.

DSC_0844

Pamiątkowa fotka na szczycie.

 

Ostatni, trzeci dzień wędrowania przez Świdowiec, stanowił pożegnanie z górami. Zejście do malowniczo położonych Kwasów oraz możliwość zjedzenia tam czegoś, co mimo wszystko częściej spotyka się w dolinach aniżeli w górach, była bardzo przyjemnym doświadczeniem. Oczekiwanie na dworcu na nocny pociąg przy jednotorowej w tym miejscu linii kolejowej relacji Rachów-Lwów mogło w pamięci nieco bardziej doświadczonych kolibowiczów przywołać wspomnienia sprzed lat. Jakim cudem przed laty nie stanowiło problemu umycie się w pobliskim „źródełku”..?

DSC_0951DSC_0954

DSC_0964

Kwasy.

DSC_0972

Pobudka we Lwowie po bardzo krótkiej nocy, obfite śniadanie w sprawdzonej knajpie i droga na Szeginie. Na pożegnanie z upalnym słońcem 3 godziny stania w kolejce na pieszym przejściu do Medyki. Zakupy w strefie bezcłowej, łapanie pociągu na Kraków i – licząc od godz. 1.03 (nocny pociąg z Kwasów – jak zawsze zgodnie z rozkładem) – po 22 godzinach spędzonych w podróży, udało się wrócić do miejsca rozpoczęcia wyjazdu. Ukraińskie góry raczył nas żarem lejącym się z nieba, względną trudnością w zdobyciu wody pitnej, ale przede wszystkim swą rozległością, pięknem i majestatem.  Widoki w kierunku m.in. Bieszczadów Wschodnich, Gorganów, Marmaroszy, Czarnohory rozbudzały wyobraźnię i tylko wyostrzały nam apetyt na kolejne wyprawy w te urokliwe zakątki.

Koszty wyjazdu:

  • bilet kolejowy Kraków-Przemyśl 22,5 PLN (45 PLN normalny)
  • przejazd Przemyśl-Medyka 2 PLN
  • przejazd Szeginie-Lwów 20 PLN
  • nocleg Lwów 20 PLN
  • dojazd do „станція 1662 км” 2 PLN (tak, za prawie 200 km)
  • nocleg Mizhiria 20 PLN
  • taksówka Mizhiria-Kołoczawa (Bradowiec) 13 PLN
  • nocleg na campingu w Bradowcu 20 PLN w pokoju, 4.5 PLN pole namiotowe
  • nocleg Ust-Czorna 20 PLN
  • przejazd Kwasy-Lwów 13 PLN („kupiejnyj”, a więc 4-osobowy przedział)
  • marszrutka Lwów-Szeginie 6.5 PLN
  • 2 PLN Medyka-Przemyśl, 22.5/45 PLN dojazd do Krakowa

Poniżej orientacyjna punktacja do GOT. Priv po więcej szczegółów (w książeczce GOT należy umieścić też punkty pośrednie).

Punkty GOTZ górskim pozdrowieniem,
Adrian Skoczylas – Kurczak

Pieczenie 2017. Moc kontrowersji.

W dniach 11-12 listopada w Chatce pod Potrójną odbyła się kolejna, długo oczekiwana edycja Pieczenia. W szranki stanęło wiele ekip – w tym zwycięzcy kilku ostatnich edycji tego zacnego konkursu. Można więc było spodziewać się wyrównanej, stojącej na wysokim poziomie walki o laur najlepszych cukierników. No ale właśnie. Czy aby na pewno „cukierników”?

W trakcie przygotowań

W trakcie przygotowań. Fot. Jagoda Popiołek

Po wielu godzinach ciężkiej pracy polegającej na dopracowywaniu swoich pieczeniowych dzieł przez uczestników konkursu zebrała się komisja, która na celu miała wyłonienie najsmakowitszych wyrobów. W jej skład weszło siedmioro jurorów, którym przewodził chatkowy. Do oceny zostało zgłoszonych 6 prac.

W trakcie imprezy. Fot. Jagoda Popiołek

Po bardzo długich obradach jurorzy ogłosili wyniki. Walka była niezwykle zacięta, choć zwycięzcy osiągnęli ostatecznie dużą przewagę.

Serdecznie gratulujemy miana najlepszych piekących tegorocznej edycji następującym ekipom:

1. miejsce: Sabina i Mateusz
2. miejsce: Karina i Krystian
3. miejsce: Kasia i Marcin

W trakcie Pieczenia nie zabrakło jednak wielu kontrowersji. Można powiedzieć o pewnego rodzaju paradoksie, jaki zdecydował się zaistnieć. Bezapelacyjnie najlepszym wypiekiem – zarówno pod względem estetycznym jak i smakowym – były babeczki, które przygotowała Asia. Ze względu na swój mięsno-serowy smak wybiły się one na tle pozostałych zgłoszonych do konkursu ciast, które to były jak to ciasta – słodkie. Ostatecznie więc babeczki, można rzec, zostały w pewnym sensie zdyskwalifikowane.

Jury tuż przed obradami. Fot. Jagoda Popiołek

Jury tuż przed obradami. Fot. Jagoda Popiołek

Czy jednak można niezdyskwalifikowane wyroby nazwać wypiekami? Wszakże konkurs nosi(ł) nazwę „Pieczenia” i o przygotowaniu „wypieków” wspominało się w oficjalnych komunikatach na temat tego wydarzenia. Okazuje się jednak, że część zgłoszonych ciast w piekarniku nie spędziła ani sekundy! Zatem coś, co zostało upieczone, odrzucono, a coś, co nie zostało upieczone, pozostawiono. W jednej z poprzednich edycji Pieczenia coś niesłodkiego zajęło nawet 3. miejsce.

Zwolennicy jednej ze stron tłumaczą taką decyzję np. w następujący sposób – pomyślmy, gdyby ktoś upiekł pizzę. Podobnie jak babeczki – będzie ona najpyszniejsza ze względu na kontrast smaku, jaki oddzieli ją od pozostałych wyrobów. Ciasto w sobie zawiera i jest pieczona – wymogi spełnione. Zarówno Pieczenie jak i pieczenie kojarzy się nam jednak z typowo cukiernianymi wyrobami – co np. w sytuacji, gdy ktoś przygotuje kurczaka (lub Kurczaka) w panierce z ciasta? No a druga strona medalu (potencjalny scenariusz) – czy gdyby nieupieczone ciasto, np. składające się wyłącznie z galarety, umieścić jedynie na choćby sekundę w piekarniku, może zostać uznane za wypiek? Jednakże próbując zachować trzeźwość umysłu, nasuwa się też przemyślenie – przecież gdyby babeczki nie były dobre (smakując np. jak wyciągnięta w zimie z plecaka zamarznięta bułka z pomidorem), to pewnie nikt by się nie przejmował, że zajęły ostatnie miejsce i mowy o dyskwalifikacji by nie było. Czyżby były więc aż tak pyszne, że uznano ich smak za niemożliwy do osiągnięcia? Podzielcie się Waszą opinią :)

Tak czy tak podziękowania dla wszystkich uczestników oraz organizatorów i raz jeszcze gratulacje dla zwycięzców! Chwała zwycięzcom, chwała też i pokonanym :)

Więcej zdjęć (fot. Paula Drażniuk): GALERIA.

Adrian – Kurczak

Weekend majowy w Karpatach Ukraińskich

Karpaty Ukraińskie. Ten górski obszar zamarzył się w tym roku Kolibowiczom jako cel na majówkę. 3 maja 2016 roku wypadał we wtorek, tak więc do dyspozycji były tylko 4 wolne od nauki dni (począwszy od soboty). Prawda jest jednak bardziej optymistyczna – w życiu studenta od nauki wolny jest w zasadzie każdy dzień (oprócz kilku nocy w sesji), tak więc – z miłości do gór – wyjazd można było nieco przedłużyć. I już we czwartek, w godzinach mocno porannych, w kierunku dawnych rubieży II RP wyruszyło z Koliby kilkoro śmiałków. Po nocy spędzonej we Lwowie swój azymut obrali na (z grubsza) południe. Celem ich była Osmołoda, wioseczka leżąca u podnóży Gorganów. Zamierzenie swe, z mniejszą lub większą ilością marszrutkowych przesiadek, zrealizowali, a droga ich wiodła przez Iwano-Frankowsk (Stanisławów), Stryj i Kałusz. Mniej więcej w tym samym czasie (piątek po południu) z Krakowa wyruszała kolejna potężna, licząca 8 osób grupa.

Początek drogi - Maksymiec

Początek drogi – Maksymiec

30 kwietnia. Gdy ekipa „czwartkowa” walczyła we wiacie na szlaku z zimnem i deszczem, grupa „piątkowa” rozkoszowała się noclegiem we Lwowie. Przyjemności jednak nie za dużo, bo z rana trzeba było zwijać się na pociąg. Do ekipy dołączył Darek, który, jadąc z Warszawy, pobił chyba rekord długości dojazdu do Lwowa (wyjechał ok. godz. 16, do Lwowa dotarł na 6 rano). Pociąg wspomniany zawiózł ich do Stanisławowa, następnie wynajętym busikiem w kierunku na Rafajłową (Bystrycję) się udali, a wysiadkę po drodze – w Maksymcu – urządzili. Ekipa czwartkowa zdobyła już Igrowiec i Sywulę, ekipa piątkowa powoli, z dobrej woli, doliną wioski się mozoli. Spotkali się wieczorem, w strugach deszczu rozbijając namioty

U stóp Sywuli - Połonina Ruszczyna

U stóp Sywuli – Połonina Ruszczyna

.

Razem

1 maja. Był to kulminacyjny moment wyjazdu. Na szlaku było ich łącznie 13 osób! Poprzedniego dnia wieczorem za bardzo nie posiedzieli przy ognisku, bo to palić się nie chciało, ale pokrzepiającym duchem się uraczyli, coby weselej po ulewie się zrobiło (a zrobiło się, szczególnie dzięki zawartości plastikowej butelki „Cisowianki” Łukasza). Poranek piękną mgłą, ale i po chwili słońcem ich przywitał – namioty wysuszyć się zacnie udało. Udało się też wyjść z obozu na Poł. Ruszczynie w południe. No cóż, pierwszy dzień wspólnej części wyjazdu, może to nie grzech? Głównym wyznacznikiem naszej trasy były słupy graniczne oddzielające niegdyś II RP od Czechosłowacji. Jak można się domyślić, wędrówka tego dnia przeciągnęła się do godzin nocnych. Do celu – noclegu przy ruinach schroniska (1,5h drogi za Przeł. Legionów) – dotarliśmy ok. godz. 21. Na miejscu rozbiła się już ok. godz. 17 ekipa Białorusinów, którzy także spali noc wcześniej na Pol. Ruszczynie. Stwierdzili, że chyba lubimy chodzić po nocy (w rzeczy samej). Taki obrót sprawy przewidzieli znajomi Mateusza, którzy postanowili odłączyć się od naszej wycieczki i iść swoim tempem, aby zdążyć wrócić do Krakowa w zobowiązującym ich terminie. W związku ze zmęczeniem oraz (przede wszystkim) późną porą, gitarowych grań za wiele i tej nocy nie było.

DSC_1829

2 maja. Czekały nas dziś spore do zdreptania górki. Wyjście z obozu ostatnich osób ok. godz. 10.20 – nie jest źle. Nie mniej jednak część wyszła prawie planowo, tzn. planowo-wariant B (jak nie uda się o 9.30, to musi się udać o 10.00), tak więc grupka się nieco rozciągnęła i praktycznie do końca dnia wędrowaliśmy w rozczłonkowaniu. Trasa nie rozpieszczała. Praktycznie od samego początku musieliśmy wspinać się dość stromo pod górę (dlaczego? :( to w górach tak trzeba? :( ), przyjemniej zrobiło się już na grani, gdzie naszym oczom ukazały się połoniny Świdowca. Schodząc, spotkaliśmy wiele już rozbitych obozów – czy to przy źródłach Cisy, czy na kolejnych polankach. Cisnęliśmy jednak jak najdalej, aby skrócić przejście zaplanowane na kolejny dzień. W zasadzie była to ostatnia noc w liczniejszym gronie. Z pozostałych 11 osób, z rana 4 miały nas opuścić. Do obozowiska dotarliśmy ok. 20.00, w nastrojach zresztą różnych. Choć posiedzieliśmy (nie tylko) gitarowo przy ognisku, a i atmosfera zrobiła się zacna, to jednak smutek kolejnego rozbioru hawiarskiej ekipy dawał się we znaki.

Akcja "grad" nieopodal szczytu Gropy (1758 m n.p.m.)

Akcja „grad” nieopodal szczytu Gropy (1758 m n.p.m.)

3 maja. Ostatnie pożegnanie, wspaniała czwórka wracała do źródeł Cisy, aby dolinką zejść do Jasini, a pozostali, ok. godz. 11 wyruszyli w dalszą drogę. Co nas czekało? Mogło czekać zejście do Jasini, Kwasów, albo nocleg przy dolnej stacji wyciągu narciarskiego – Dragobrat. Ze względu na możliwość zrobienia zakupów (we wspomnianych wioskach bylibyśmy raczej po zamknięciu sklepów) oraz przespania się w nieco bardziej codziennych warunkach, wybraliśmy to ostatnie – tak więc spieszyć się nie trzeba było. Tego dnia zliczyliśmy najbardziej widokową oraz najbardziej przyjemną trasę – cały czas prawie po płaskim, tj. po połoninach. Rozległe widoki na okoliczne pasma górskie. Dzień na szlaku zleciał dość szybko – w końcu nie było to tak jak do tej pory, czyli 9cio czy 10-godzinne przejście. A na Dragobracie było spanko za 100 UAH, piwo i pierogi oraz plany dalszych poczynań. Stanęło na udaniu się w Czarnohorę w wariancie lekko-turystycznym, tzn. kosztem zdobycia Howerli (niestety, a może „stety” – robiąc sobie smaka na ponowny wypad w te rejony), dotarciu do prywatnej chatki w okolicy Bystreca i Dżembroni, tam zdobyciu Popa Iwana i rozkoszowaniu się górskim chatkowo-gitarowym nieróbstwem.

Słitfocia na Geriszasce (1762 m n.p.m.)

Słitfocia na Geriszasce (1762 m n.p.m.)

4 maja. Miał to być dzień odpoczynku (i był to dzień odpoczynku). Ok. 3-godzinne zejście do Jasini, następnie dotarcie do Werchowyny i do Bystreca (wynajętymi busami, w marszrutkach zabrakło dla nas miejsca). Wieczorem jedynie 45 minut marszu pod górkę i nocleg. Spaliśmy w prywatnej kwaterze prowadzonej przez Polaka.

5 maja. Na lekko wybraliśmy się na Popa Iwana. Wędrówka tam i z powrotem zajęła 9,5 godziny, z czego na szczycie spędziliśmy, grillując, około godzinę. Doświadczyliśmy wówczas chyba wszystkich pór roku. O ile na początku można było iść w krótkim rękawku, o tyle na szczycie było 0 stopni i padał grad, a później śnieg. Tak brzydka pogoda tego dnia na szczycie utrzymywała się tylko w czasie, gdy na nim byliśmy :p Było to niejako pożegnanie z górami. Tego wyjazdu czekało nas już tylko zejście w dół doliny i powrót. Wieczorem chcieliśmy spędzić miło czas wspólnie po raz ostatni (wraz z innymi osobami zakwaterowanymi w ośrodku), jednakże nie było nam to dane. W spisie studenckich chatek wydawanym przez PTTK znajdują się obiekty, które w nim znajdować się nie powinny, ale to już inna kwestia.

Grill na Popie Iwanie (2022 m n.p.m.)

Grill na Popie Iwanie (2022 m n.p.m.)

6 maja. Po uiszczeniu opłaty wynoszącej 5$ za nocleg od osoby (można było płacić w złotówkach, w hrywnach nie) schodzimy do Werchowyny doliną Czeremoszu. Mijają nas liczne załogi, które spływają w dół rzeki (jest to bardzo popularne miejsce raftingu). Pogoda dopisuje. Kursową marszrutką (tym razem się mieścimy) docieramy do Worochty, dawnego polskiego uzdrowiska. Jest wczesna pora, a sklepy i bary otwarte. Posileni kolacją (niektórzy wzięli kawał mięsa z frytkami, inni jakieś ukraińskie barszcze i pierogi, a Mateusz z silnej tęsknoty za górami zamówił sobie kuskus). Pociąg miał odjechać dopiero o 2.17, zatem po suchej kolacji była kolacja mokra (deszcz też padał), a i nieco – w końcu – pograliśmy na gitarze (i na ukulele, które przez prawie cały wyjazd niosła Kasia oraz na łyżkach – Darek).

Zejście. Z Howerlą w tle

Zejście. Z Howerlą w tle

7 maja. Ok. 8.30 docieramy do Lwowa. Pociąg wygodny, bo kuszetka, dodatkowo wzięliśmy na wypasie nie płackartnyj, a kupiejnyj (zamykane przedziały 4-osobowe). Koszt takiej imprezy nie był duży, wyniósł (pamięć zawodna jest) ok. 80 hrywien od głowy. I cóż, pożegnań nadszedł czas. Większość wróciła do Polski już z rana, jeszcze kilka osób zostało na noc we Lwowie porozkoszować się urokami tego pięknego miasta.

I choć kolejny wyjazd w góry dobiegł końca, to głód górskich wędrówek pozostał niezaspokojony. Taki już ciężki kolibowy żywot. Znowu trzeba będzie coś zaplanować… Howerla czeka :)

Sięgnij po więcej fotek: GALERIA

Parę informacji praktycznych

Wymiana hajsu

Najlepszy kurs wymiany spotkacie we Lwowie. Jeśli macie 0 hrywien, to symboliczną kwotę (na pokrycie kosztu dojazdu z granicy do Lwowa) najlepiej wymienić tuż po przekroczeniu granicy. W Polsce nie opłaca się, a często kurs jest mocno oszukany.

Dojazd do Lwowa

najszybszą i chyba najtańszą (no może oprócz dojazdu samochodem z instalacją LPG) opcją dojazdu do Lwowa jest dotarcie pociągiem do Przemyśla (bilet studencki na pociąg IC kosztuje 21,56 PLN, czas przejazdu to ok. 4 godziny), następnie dojechanie do granicy (Medyka/Szegini) busikiem z dworca za 2 PLN, przejście granicy na piechotę (w zależności od ruchu: pół godziny lub więcej) i dojazd do Lwowa marszrutką (ok. 1 h 45 min jazdy, 34 UAH (1 UAH = ok. 16 groszy).

We Lwowie

Ceny hosteli to średnio 100 UAH za nocleg od osoby. Można taniej. Spać na dworcu się za bardzo nie da – wyganiają ludzi, którzy kładą się na podłodze. Siedzenia na dworcu są, ale atmosfera jest mało dla nosa przyjemna. Koszt przejazdu komunikacją miejską po Lwowie to 2 UAH. Cena obiadu – od kilkudziesięciu UAH.

Dojazd w góry

Dojazd jest raczej kombinowany. Są bezpośrednie pociągi (np. linia do Rachowa), ale z reguły tylko raz na dzień (przy czym pociąg taki jedzie ok. 7 godzin i posiada miejsca leżące – w cenie od 50 UAH!). Łatwiej w góry jest dostać się z Ivanofrankowska (do którego ze Lwowa co chwilę odjeżdża jakiś pociąg), skąd praktycznie w każdym kierunku odjeżdżają marszrutki. Można też wynająć taxi/busa i w ten sposób dojechać natychmiastowo (unikając także ewentualnych innych przesiadek) do miejsca pożądanego – przy grupie 9 osobowej zapłaciliśmy 800UAH za całego busa (ok. 1,5 h jazdy w jedną stronę).

W górach

Zależy gdzie, ale praktycznie nie ma schronisk i chatek studenckich. Namiot. Ludzi na szlakach coraz więcej – a te w ostatnich latach zostały oznakowane.

Sesja tuż tuż

Dnia 5 lutego 2016 odbędzie się coroczny Bal Przebierańców, a już 13-14 lutego najbardziej oczekiwane przez wszystkich zimowe atrakcje, czyli Zjazd Na Byle Czym na Niemcowej, zapraszamy ;)

Jednak póki co życzymy wszystkim pobierającym nauki udanej walki z żywiołem!

Drodzy Kolibowicze i Sympatycy!

Życzymy Wam spokojnych świąt Bożego Narodzenia, wielu dobrych chwil spędzonych z najbliższymi. Niech świąteczny czas pozwoli Wam wkroczyć w nadchodzący rok z pełnią energii i w przekonaniu, że „niemożliwe” nie istnieje ;-) Zdobycia wielu zacnych szczytów ;-)

Przykładowy zacny szczyt poniżej:

Zacny szczyt – kliknij, a poznasz imię jego