Wyjazdy otwarte

Hej!

Za nami już dwa wyjazdy otwarte. W ubiegły weekend, pomimo szalejącego orkanu, grupa Kolibowiczów stawiła się w chacie Gibasówka w Beskidzie Małym. Śpiewy i dźwięki gitar rozbrzmiewały do późnej nocy i to o godzinę dłużej, ze względu na zmianę czasu ;)

Ambitni wędrowcy na szlaku

Ambitni wędrowcy na szlaku

A tu już wszyscy na śpiewograniu w cieplutkiej chacie ;)

A tu już wszyscy na śpiewograniu w cieplutkiej chacie ;)

Link do zdjęć autorstwa Jagody: https://photos.app.goo.gl/6UDPevAUXbbLMXJd2

W przyszły weekend (4-5.11) znowu jedziemy w góry – tym razem do Chatki Wątorówka w Beskidzie Sądeckim. Do zobaczenia ;)

2. Turnus w Beskidzie Niskim

W tym roku Beskid Niski okazuje się być częstym celem kolibowych wypraw. Najpierw majówka, a teraz dwie kolejne ekipy wakacyjne zaglądnęły w te urokliwe rejony :)

DSC_0691

2. Turnus Hawiarskiej Koliby w Beskidzie Niskim rozpoczęliśmy 7-osobową ekipą w czwartkowe popołudnie 6.07. Dotarliśmy do Uścia Gorlickiego, odbyliśmy krótką naradę pod sklepem :) i ruszyliśmy w drogę do bazy w Regietowie. Na miejscu byliśmy ok. 00:30, zastaliśmy  nie-śpiącą jeszcze część ekipy pierwszej, płonące ognisko i pyszną herbatę z miętą.

7.07. odbyliśmy niezwykle wyczerpującą wyprawę, a mianowicie do sklepu w Smerekowcu i z powrotem. Niestety w drodze powrotnej rozpadał się deszcz i planowane ognisko przesunęło się w czasie, ale ostatecznie doszło do skutku. Ogólnie rzecz biorąc był to dzień luzu i nic-nierobienia. Tak na dobry początek ;)

Rano, jeszcze przed deszczem

Rano, jeszcze przed deszczem

8.07. opuściliśmy bazę w Regietowie i udaliśmy się, przez Jaworzynę Konieczniańską, do Radocyny. Trasę pokonywaliśmy w kierunku przeciwnym niż wcześniejsza grupa – na wspomnianym przez nich morderczym podejściu my walczyliśmy o przetrwanie schodząc (a niektórzy zjeżdżając ;) ). Tym bardziej, że wcześniej dopadła nas burza i szlak był mocno błotnisty. Gdy pokonaliśmy karkołomne zejście i nacieszyliśmy się względnym podsuszeniem ubrań, nadeszła kolejna ulewa (doświadczyliśmy na własnej skórze co oznacza ta słynna „radocyńska burza”) nie zostawiając na nas suchej nitki. Mogliśmy za to podziwiać mglisty, mroczny, magiczny krajobraz.

20132605_1430532627027651_469310666_o

20117289_1430532603694320_1742201045_n

Niczym krowy we mgle...

Niczym krowy we mgle…

Ostatnia tego dnia burza nadeszła jak wbiegaliśmy na bazę. Ze względu na duże zatłoczenie nam również Radocyna nie przypadła do gustu. Tym bardziej, że byliśmy jedynymi ludźmi, którzy przyszli tam na piechotę, a nie przyjechali samochodem…

9.07. Ten dzień można w skrócie określić jako ciężki. Z Radocyny mieliśmy bowiem dotrzeć do oddalonej o jakieś 30 km chatki Malucha w Ropiance. Po drodze zaliczyliśmy dłuższy postój pod sklepem w Wyszowadce, który został otwarty specjalnie dla nas.

I tutaj następuje dygresja o NAJWIĘKSZYM PRZEGRYWIE tego wyjazdu w wykonaniu drużyny A&A: Ponieważ Kurczak miał od tego dnia chatkować w Maluchu, spod sklepu zebraliśmy się wcześniej od pozostałych (czyli po jakiejś 1,5 h) i ruszyliśmy asfaltową szosą, łapiąc po drodze stopa. Nieczuli kierowcy mijali nas bezwzględnie (wstydźcie się!), żar lał się z nieba, stopy bolały coraz bardziej. Ostatecznie cały odcinek wzdłuż ulicy przeszliśmy na nogach (były to jakieś 4 km) a na miejscu… czekała na nas reszta, która posiedziała pod sklepem godzinę dłużej i złapała busa. Morał z tej historii wyciągnijcie sami.

Dzielna drużyna A&A

Dzielna drużyna A&A

Następnie szliśmy, szliśmy, szliśmy… szliśmy, szliśmy i szliśmy, na zachód słońca zaszliśmy na Baranie, a potem szliśmy i szliśmy dalej, by około północy doczołgać się w końcu ostatkiem sił do Malucha, gdzie dołączyła do nas Kasia, która złapała stopa prosto do chatki :)

10.07. Po przejściach dnia poprzedniego, wszyscy zgodnie stwierdziliśmy, że wystarczy nam już tych gór. Poszliśmy tylko do Tylawy pożegnać Karinę, Krystiana i Łukasza, a wieczorem, gdy wyszliśmy posiedzieć na polanie, udokumentowane zostało potężne wykonanie „Jelenia”, przy którym gromy zeszły z nieba ;)

11-13.07. Kolejnego dnia rano pożegnaliśmy Kasię, Łukasza i Łukasza (co to, inne imiona na świecie już nie istnieją?!), a sami zostaliśmy w Maluchu, gdzie czas upływał nam mile na nic-nierobieniu oraz wykonywaniu drobnych prac chatkowych. Mieliśmy zostać do środy, ale jakoś tak przeciągnęło nam się do czwartku. Chatkopole działa!

Niestety i ten wyjazd dobiegł już końca, ale mam przeczucie, że Beskid Niski ujrzy jeszcze Hawiarską Kolibę w tym roku ;)

Majówka w Beskidzie Niskim

Tegoroczną majówkę kolibowa ekipa, licząca od 8 w porywach do 11 osób, postanowiła spędzić w naszym pięknym Beskidzie Niskim. Niezniechęceni nie za bardzo optymistycznymi prognozami pogody w sobotę (29.04.) pojechaliśmy do Dukli. Stąd, uprzednio posiliwszy się kebabem oraz napojem z lokalnego browaru, w końcu ruszyliśmy na szlak. Tego dnia zdobyć mieliśmy Cergową, górkę może niezbyt wysoką, ale za to o całkiem sympatycznym podejściu (lub, jak kto woli, „wyrypie”). Atak na szczyt odbył się w stylu dowolnym – niektórzy obrali drogę szlakiem (zdecydowana mniejszość),  reszta udała się alternatywnym skrótem (jak się okazało nieco bardziej męczącym :D ), z wyjątkiem pojedynczego osobnika, który wybrał marsz na przełaj. Szybko jednak z powrotem połączyliśmy siły i razem dotarliśmy do chatki w Zawadce Rymanowskiej, gdzie tego dnia wypadał nam nocleg. Wieczorem pośpiewaliśmy trochę przy dźwiękach gitar i niezapomnianych solówek na kazoo.

Odpoczynek na Cergowej

Odpoczynek na Cergowej

30.04. O świcie (czyli ok. 10:30) rozpoczęliśmy kolejny dzień wędrówki. Z Zawadki Rymanowskiej ruszyliśmy błotnistym szlakiem przez Piotrusia i Ostrą w kierunku Zyndranowej. Przez znaczną część naszej trasy, zarówno tego, jak i kolejnych dni, towarzyszyły nam powiewające na wietrze tasiemki wytyczające przebieg wyścigu rowerowego Dukla Wolf Race, który miał odbyć się tu od 5-7.05 (całe szczęście, że nie wtedy co my). Biorąc pod uwagę panujące warunki pewnie był to raczej marsz z rowerem na plecach :)

Na Piotrusiu

Na Piotrusiu

Nieustraszeni szliśmy dalej

Nieustraszeni szliśmy dalej

W chatce w Zyndranowej nasze szeregi zasiliła Marta, ratując znużonych wędrowców świeżą dostawą życiodajnego płynu. Z radości każdy (bez wyjątku!) zażył prowizorycznej kąpieli, potem granie, śpiewanie i do spania.

01.05. Celem dzisiejszego dnia była chatka Malucha w Ropiance, nasza trasa prowadziła przez szczyt Baranie. Pożegnaliśmy się z Darkiem i Rut, którzy musieli już wracać, i ruszyliśmy. Idąc sobie spokojnie przez las nagle naszym oczom ukazała się potężna, na pierwszy rzut oka wyglądająca na opuszczoną, budowla. Okazała się ona słowacką wojskową wieżą obserwacyjną. Wstęp kosztował 0,50 euro, więc stwierdziliśmy, że się szarpniemy! Było warto – z góry rozciągały się piękne widoki. Tylko o mało co nie zepsuliśmy najstarszej na Słowacji windy z 1974 r…

Wojskowa wieża obserwacyjna wyłaniająca się ze środka niczego

Wojskowa wieża obserwacyjna wyłaniająca się ze środka niczego

Do zdobycia pozostało nam jeszcze Baranie. Na szczycie znajduje się drewniana wieża, z której, przy dobrej widoczności, można zobaczyć Tatry.

Na Baranim

Na Baranim

Ta wieża na pewno wytrzyma...?

Ta wieża na pewno wytrzyma…?

Wytrzymała! Było warto!

Wytrzymała! Było warto!

W szampańskich nastrojach wieczorem dotarliśmy do chatki Malucha, urokliwego miejsca, gdzie Kraków spotyka się z Warszawą. Większość, znużona całodzienną wędrówką szybko poszła spać, ale niektórzy zostali na wspólnym śpiewaniu do późnych godzin nocnych ;)

02.05. Wreszcie nadszedł najbardziej leniwy dzień naszej majówki. Wczesnym rankiem, jak jeszcze spaliśmy, opuścił nas Miłosz, który musiał zdążyć dostopować na ślub (udało mu się, chociaż ledwo :D ), a my, na lekko, udaliśmy się do oddalonego o ok. 1,5 h sklepu w Tylawie. Właśnie tam, kiedy spokojnie siedzieliśmy sobie pod parasolem, przyszedł jedyny większy deszcz podczas tego wyjazdu. Szybko jednak rozpogodziło się na tyle, że wieczorem udało nam się zasiąść przy ognisku z kiełbaskami i gitarami ;)

Przed chatką Malucha

Przed chatką Malucha

03.05. Niestety nadszedł dzień powrotu. Wcześniej jednak musieliśmy przejść ok. 3-4h trasę do Dukli, gdzie czekały na nas auta. Błoto, które towarzyszyło nam w poprzednich dniach, okazało się niczym w porównaniu z dzisiejszymi bagnami. Baliśmy się, że kierowcy nie wpuszczą nas do samochodów. Byli jednak wyrozumiali i, posiliwszy się ostatnim wspólnym kebsem, wróciliśmy do Krakowa.

Pożegnania nadszedł czas...

Pożegnania nadszedł czas…

PS. Dzięki za niezwykle klimatyczny wyjazd w ten urokliwy zakątek Polski ;) !

PS 2. JEEEELEŃ!

Powitanie wiosny 2017

Hej :)

W miniony weekend oficjalnie powitaliśmy wiosnę! Część grupy zawitała w Beskid Żywiecki już w piątek i nocowała w schronisku na Przegibku, aby w sobotę zafundować sobie wyczerpującą trasę i stoczyć walkę z kaprysami natury.

Oops!

Oops!

Pozostali ruszyli na szlak w sobotę. Niezbyt wymagającą trasę przedłużyli do granic możliwości – każda mijana polanka przemawiała do nich, a oni nie potrafili odmówić.

1:0 dla polanki

1:0 dla polanki

W końcu jednak wszyscy spotkali się w chatce Skalance…

Takie tam przed chatą

Takie tam przed chatą

…i…

Rozmasowywali obolałe mięśnie...

…rozmasowywali obolałe mięśnie…

...grali i śpiewali...

…grali i śpiewali…

...i wyglądali jakby całkiem dobrze się bawili.

…i wyglądali jakby całkiem dobrze się bawili.

Dzięki wszystkim za kolejny fantastyczny wyjazd i świetną atmosferę! ;)

Więcej zdjęć znajdziecie w galerii: https://goo.gl/photos/uw5zD69QKAfDYzU98